piątek, 30 grudnia 2011

W Ende, czyli na koncu swiata

Jestem teraz w Ende - malym miescie portowym na poludniu Flores. Dzis o swicie cala grupa bylismy na Kelimutu - wulkanie z trzema jeziorami - kazde w innym kolorze: jedno turkusowe, jedno czarne, a jedno akurat dzis bylo blekitne - zmienia kolory od pamaranczowo-brazowego, przez czerwone, zielonkawe, niebieskie po czarne - zmiany sa nieprzewidywalne, ale w jakims stopniu zalezne od pory roku, pory dnia, opadow. Nie wiadomo dlaczego tak sie dzieje - prowadzone sa rozne badania, ale nie odkryto jeszcze przyczyny. Dlatego dla miejscowych caly czas jest to swiete miejsce. Ludzie wierza, ze do jezior trafiaja dusze zmarlych. Do jednego z nich dusze dzieci i osob niewinnych, do drugiego starych, ktorzy zmarli smiercia naturalna, a do trzeciego dusze ludzi chorych, nawiedzonych, czarownic i wariatow. Samo Ende nie jest ciekawe - ot, miasteczko jakich tysiace w Indonezji - brudne, glosne, w ktorym centralnym miejscem jest targ warzyw i ryb. Kupilam dzis na nim wielka kisc bananow, zeby miec co jesc jutro na promie, ktorym zamierzamy poplynac na Sumbe. Nie jest to jeszcze do konca pewne (jak wszystko w Indonezji), bo ani nie jestesmy do konca pewni, czy chcemy tam plynac, ani nie jestemy pewni, czy bedzie czym :) Z promami roznie bywa :)

Na Flores jestesmy od mniej wiecej tygodnia. Dotarcie tutaj nie bylo latwe. Przygody zaczely sie jeszcze w Denpasar. Ale po kolei...

Nasza grupa troche sie rozrosla - uzbieralo sie nas 10 osob chetnych do wspolnej podrozy: 9 dziewczyn i jeden chlopak - wszyscy z Polski. Kupilismy w Denpasar bilety "klas super eksekutif" do Labanbajo na kombinowana podroz droga wodno-ladowa, czyli: autokar do Benoa (port na Bali) + prom na Lombok + autokar przez Lombok + prom na Sumbawe + autokar przez Sumbawe + prom na Flores. I to wszystko mialo trwac okolo 35h. Trwalo znacznie dluzej i bylo jeszcze bardziej skomplikowane...

Na terminalu autobusowym stawilismy sie punktualnie o 3, godzine przed odjazdem naszego autokaru, ktory przyjechal z Jakarty spozniony ponad 3h i na dodatek pelny! Pan z biura turystycznego, ktore nam sprzedalo bilety, goraczkowo zaczal przesadzac w srodku Indonezyjczykow, zeby zrobic dla nas miejsce. Pousadzal po trzech na dwoch miejscach, niektorych wcisnal na plastikowe stoleczki w korytarzyku, powiedzial, ze jest magikiem i miejsca dla nas juz sa. Bylismy wsciekli, ze nas oszukal (bo bynajmniej rozklekotany, smierdzacy autokar to nie byla "klas super eksekutif") i wsciekli, ze tak potraktowal innych wspolpasazerow... Mielismy do wyboru: zostac w Denpasar z Indonezyjczykami, ktorym nie udalo sie zapakowac do srodka, albo pojechac... No i pojechalismy. Chociaz z wyrzutami sumienia, ze przez oszusta lapczywego na pieniadze turystow, kilku Indonezyjczykow nie dotrze do domu na Swieta...

Kolejna niespodzianke mielismy na Sumbawie. Mielismy dojechac do portu w Sape, tymczasem w Bimie (50km wczesniej) przesadzono nas do zdezelowanego lokalnego bemo (mini busik), w ktorym siedzi sie z kolanami prawie pod broda. Dojechalismy do Sape, a tam znowu niespodzianka. Wysiedlismy z busu w porcie. Zaraz obskoczyl nas tlum ciekawskich z aparatami i "mister, mister, hotel? transport?". Dowiedzielismy sie, ze jest strajk i od dwoch dni port pasazerski jest zamkniety - zadne promy nie wplywaja, ani nie wyplywaja. Atmosfera byla dosyc napieta. Mieszkancy Sumbawy tradycyjnie nosza przy sobie maczety, wlozone w skorzane pokrowce, zawieszone na plecach. Wiedzielismy o tym wczesniej, a jednak tlum strajkujacych mezczyzn wyposazonych w maczety sprawial nieprzyjemne wrazenie. Wszyscy wygladali na zdenerwowanych, zaniepokojonych, czekajacych nie wiadomo na co... Bylismy juz grubo ponad dobe w drodze, wiec postanowilismy znalezc jakis warung, zjesc i zasiegnac informacji o sytuacji w miescie. Policjant stojacy przy wyjsciu z portu powiedzial, zebysmy juz do niego nie wracali, bo nie jest tam dla nas bezpiecznie. Juz w pierwszym warungu spotkalismy grupe turystow, ktorzy czekali w Sape od 2 dni, az w koncu rusza promy, albo az sytuacja w miejscie sie uspokoi. Od nich dowiedzielismy sie, ze ludzie strajkuja, poniewaz kopalnia zlota, ktora jest w okolicy ma zostac sprzedana, a wielu straci przez to prace. W miescie byly juz specjalne oddzialy policji z Jakarty, ale unikaly konfrontacji i rozlewu krwi. Siedzac przy obiedzie widzielismy TLUMY ciagnace do portu - z maczetami i flagami, gotowe na spotkanie z policja. Nie mielismy za bardzo wyboru, musielismy znalezc szybko hotel i zastanowic sie, co dalej.

Ledwie weszlismy do pokojow i sie wykapalismy ludzie z tej drugiej grupki turystow powiedzieli nam, ze za chwile z portu towarowego do Labuanbajo plynie wielki kuter i moze nas ze soba zabrac. Trzeba bylo szybko podjac decyzje: albo zostajemy w Sape, w ktorym sytuacja byla bardzo niepewna, albo z innymi plyniemy kutrem rybackim. Balismy sie troche o warunki bezpieczenstwa na takim kutrze, ale jeden facet, z tej drugiej grupy, Egipcjanin, powiedzial, ze pracowal kiedys dla jakiegos armatora i zna sie na lodziach i ta wedlug niego jest bezpieczna. Inny, inzynier-konstruktor, potwierdzil, ze nie ma sie czego bac, wiec sie zdecydowalismy.

Wlasciciel hotelu nie chcial nas z niego wypuscic, bo powiedzielismy, ze zasam prysznic nie zaplacimy mu tyle, co mielismy zaplacic za dobe. W koncu otworzyl nam drzwi, ale pojechal za nami do portu, gdzie jeszcze chwile na nas wrzesczal. Zaakceptowal nasze warunki, kiedy jego koledzy zaczeli sie z niego smiac. Przeprosil nas, zaplacilismy za kuter i weszlismy na poklad. Miejsca mieslimy luksusowe: na plandekach i matach rozlozonych na sianie, w towarzystwie workow z cebula, ryzem, kilkoma kurami i kozami pod pokladem :) Ale podroz kutrem byla fantastyczna - w koncu moglismy sie wygodnie rozlozyc i zdrzemnac, odetchnac po stresujacej atmosferze Sape i miec nadzieje, ze w Labuanbajo bedzie lepiej.

Po 8h "rejsu" dotarlismy na miejsce. W sumie bylismy dwie doby w podrozy, wiec wymeczeni doczlapalismy sie do hotelu. (c.d.n.)

sobota, 24 grudnia 2011

Wesolych Swiat!

Wesolych Swiat wszystkim prosto z Ruteng na wyspie Flores, gdzie Swieta spedzamy w misji katolickiej. Mieszkamy teraz u zakonnic Santa Maria Berdukacita. Nie mielimy za bardzo Wigilii, ani swiatecznego sniadania, ale i tak jest milo :) Poszlismy z siostrami wczoraj do kosciola na pasterke - lzy wzruszenia same naplynely mi do oczu, kiedy uslyszalam Cicha Noc po indonezyjsku... Dzis spotkalismy sie z Bratem Jozefem, ktory w Indonezji jest juz ponad 40 lat. Z nim dzis troszke jezdzimy po okolicy. Jutro albo pojutrze jedziemy do Mbay do Ojca Tadeusza. Co dalej - niewiadomo :) Podrozowanie po Flores jest piekne, ale trudne = jednak to juyz jest koniec swiata. Nie mam niestety czasu, zeby napisac wiecej (o wizycie w Komodo National Park na wyspie Rinca, o calej podrozy przez Lombok i Sumbawe, o zamieszkach w Sape, o plynieciu kutrem rybackim do Labuanbajo), ale na wszystko jeszcze przyjdzie czas :) Swiateczne serdeczne pozdrowienia!!!! :*

wtorek, 20 grudnia 2011

Bali vol 2

Trzy dni na Bali zleciały w oka mgnieniu. 

W piątek po południu zapakowałyśmy się do autokaru "klas super exekutif" jadącego z Yogyi do Denpasar. Podróż trwała 20h, autokar był całkiem spoko, poza naszymi miejscami - w pobliżu kibelka i na samym końcu, gdzie fotele nie rozkładały się do tyłu :( Ale byłyśmy twarde i jakoś przetrwałyśmy. Dotarłyśmy do Denpasar koło południa - prysznic, obiad i drzemka. Dowiedziałyśmy się, że w wiosce Bangli w nocy ma być ceremonia Calon Arang - tańce w świątyni hinduistycznej, przy muzyce gamelanowej, zakończone tańcem transowym kilku osób, na które zstępują duchy. Poszukałyśmy wśród sąsiadów kogoś z samochodem, kto chciałby dorobić i nas tam zawieźć i przywieźć, kiedy ceremonia się zakończy. Znalazł się jeden miły Balijczyk, który nas tam zabrał. Było bardzo dużo ludzi, elegancko ubranych, wszyscy w sarongach, haftowanych koszulach. Na początku tańczył wielki lew, animowany przez dwóch tancerzy, potem zespół kobiet, później było jeszcze kilka innych występów tancerzy w maskach, a na końcu kilku mężczyzn i jedna kobieta wpadli w trans. Inni ich przytrzymywali, bo zachowywali się dosyć szaleńczo. Zostali wprowadzeni do świątyni, a tam kapłan dał im do wypicia święconą wodę, żeby powrócili do świadomości. W międzyczasie zwiedziłyśmy świątynię w towarzystwie jej opiekuna i poznałyśmy szefa wioski :) Cała ceremonia (na której byłyśmy jedynymi turystkami) skończyła się po 2 w nocy. 

W sobotę od rana lało, jak już przestało pojechałyśmy zamówionymi wcześniej skuterami do Ulu Watu na samym południowym krańcu Bali. Tam na klifie nad oceanem jest wielka świątynia, a w niej dziesiątki małych małpek. Przed wejściem na teren świątyni wisi zalecenie, żeby zdjąć okulary, kolczyki, bransoletki i nie trzymać nic w dłoniach, bo małpki mogą wszystko wyrwać. I to prawda - widziałam, jak kilka kradło małym dzieciom klapki, a Eli jedna wyciągnęła z ucha kolczyk - to była błyskawiczna akcja! Na szczęście dobrze się skończyła - nagle pojawiła się pani z fragmentem koronki, który małpka wzięła do pyszczka, a w koronkę wplątał się kolczyk i wszystko spadło na ziemię. 
Później pojechałyśmy do surferskiej zatoki obejrzeć przepiękny zachód słońca. W drodze powrotnej do Denpasar lało potwornie, dojechałyśmy całkiem przemoczone, ale zadowolone - bo Bali zostało odczarowane :) Po drodze widziałyśmy wiele pięknych świątyń, pól ryżowych i palmowych zagajników. 

Co się działo wczoraj (a działo się sporo: walki kogutów, tańce balijskie, teatr i wizyta w domu artysty-naciągacza) oraz dziś (wycieczka do kolejnej świątyni i kontrola policji- zakończona szczęśliwie :D ) opiszę później, bo właśnie wychodzimy na autokar, którym (na przemian z promem) dotrzemy do Labuanbajo na Flores :)

czwartek, 15 grudnia 2011

"Na wschód - tam musi być jakaś cywilizacja!"

W przypadku "Seksmisji" może i tak, w naszym przypadku może niekoniecznie, bo im dalej na wschód tym tereny mniej zaludnione. Jutro wczesnym popołudniem ruszamy (Kasia, Ela, Dorota i ja) na wschód. Planu szczegółowego nie ma. Już kilka razy przekonałam się, że w Indonezji nie bardzo można planować wycieczki. Tu się po prostu jedzie i ma nadzieję, że uda się dojechać do celu. Wiele zależy od pogody - szczególnie w porze deszczowej. Tej co prawda w Yogyi nie widać (nie leje codziennie), ale nie wiadomo, jak jest na innych wyspach. W porze deszczowej fale w niektórych rejonach oceanu są silniejsze, więc różnie bywa z promami (ich kursowanie może być zawieszone na kilka dni albo tygodni). Z pociągami i autobusami różnie bywa niezależnie od pogody. Lokalne busiki potrafią krążyć po wsiach godzinami, zanim zbierze się komplet pasażerów na dalszą podróż. Zatem nie ekscytuję się, bo nie wiem, dokąd dotrzemy i nie wiem, jak tam będzie. 

Bardzo ogólny zarys wycieczki jest taki: jutro jedziemy autobusem do Denpasar - największego miasta na Bali. Tam zostajemy 2-3 dni, śpimy u innych studentów Darmasiswy, oglądamy środkową i północną część wyspy. Następnie jedziemy (i miejscami płyniemy) z Denpasar do Labuanbajo na wyspie Flores (po drodze mijając Lombok i Sumbawę). Labuanbajo jest miejscem wypadowym na Komodo i Rincę (wyspy z parkiem narodowym słynącym jako indonezyjskie "Jurassic Park", ze względu na populację ogromnych waranów tam mieszkających), które może uda się zobaczyć. Dalej chcemy jechać w okolicę miejscowości Bajawa, gdzie znajdują się misje chrześcijańskie (również polska misja ojców werbistów) - chciałybyśmy tam dotrzeć na Święta. A potem pozwiedzać inne miejsca na Flores (szczególnie wulkan Kelimutu, w którego trzech kraterach znajdują się trzy jeziora - turkusowe, brązowe i czarne) oraz na Sumbawie i Lombok - to już w drodze powrotnej. Na koniec, jak będziemy miały jeszcze czas, pieniądze i siłę, spróbujemy zobaczyć Ijen (wulkan z kopalnią siarki) i Bromo (cały kompleks wulkanów tworzący krajobraz księżycowy) we wschodniej Jawie. 

Postaram się raportować na bieżąco postępy (albo ich brak) w naszej trasie.

Trzymajcie kciuki, proszę :)

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Kiedy nie ma ulewy...

... niebo wieczorami wygląda naprawdę zachwycająco :) Widok na trzy strony świata z naszego domu




Za tymi chmurami kryje się Merapi i Merbabu. Zazwyczaj ich wierzchołki toną w chmurach i nie widać ich wyraźnie z tarasu naszego domu. W końcu to odległość około 30km. Kilka dni temu oba szczyty było widać tak:


I jeszcze aktualizacja - 8 grudnia, super widoczność, Merapi i Merbabu w pełnej okazałości:


sobota, 3 grudnia 2011

Karimunjawa - chyba nie jest mi pisana :(

Wycieczkę na Karimunjawa Islands, 80km na północ od Jawy, planowałyśmy już od ponad miesiąca. Ciągle z jakiegoś powodu albo my nie mogłyśmy, albo agencja turystyczna odwoływała. W końcu we dwie (Ela i ja) miałyśmy jechać na ten weekend, ale się nie udało... Cała sprawa wyglądała tak:

Wyjazd z Yogyi do Semarangu (miasto portowe na północy) miał być o 3 w nocy z piątku na sobotę. W piątek byłyśmy na imprezie u indonezyjskiej koleżanki, której rodzice mają bardzo ładny kos. Postanowiłyśmy, że nie będziemy wracać do domu, a pojedziemy prosto z imprezy. Dotarłyśmy do biura podróży trochę przed 3 w nocy, zmęczone po piątku i po imprezie. Przemiła pani (Holenderka - właścicielka biura, która pare lat temu stwierdziła, że życie w Europie nie jest dla niej i przeniosła się do Yogyi, gdzie zajmuje się organizacją wycieczek i wypożyczaniem skuterów) zapakowała nas, dwie Norweżki, dwie Niemki i Niemca do busika i pożyczyła udanej wycieczki. Do Semarangu dotarliśmy przed 7 rano. Prom na Karimunjawę miał być dopiero o 9. W porcie nie było nawet gdzie przysiąść, więc czekaliśmy w busie. W międzyczasie pojawił się jakiś pan z naszymi biletami na statek. Po 8 można już było wchodzić na pokład. Mieliśmy bilety w szumnie brzmiącej klasie "eksekutif", która polegała na tym, że mieliśmy swoje siedzenia w klimatyzowanym pomieszczeniu (a nie miejsca na drewnianej ławie na odkrytym pokładzie). Obecność klimatyzacji wcale nie była plusem, szczególnie dla mnie - musiałam siedzieć zakryta kurtką przeciwdeszczową, bo przy każdym przechyle z klimy lało się na mnie niemiłosiernie. A przechyłów było dużo... I to właśnie przez nie, po 40 minutach kapitan zadecydował, że zawracamy do Semarangu. Nie mogłam w to uwierzyć. Najgorsza wersja wycieczki, jakiej się spodziewałam, to ulewny deszcz na miejscu i spędzanie czasu, jak na Bali (głównie w warungach). Fale miały ponad 2 metry i zwiększały się w miarę zbliżania się do Karimunjawy. Kapitan powiedział, że łódź by to przetrwała, ale ludzie (a właściwie ich żołądki) niekoniecznie. 

Po powrocie do portu skontaktowaliśmy się z organizatorką wycieczki. Powiedziała, że kierowca busa po nas zawróci i zabierze do Yogyi. Mieliśmy czekać 2h, czekaliśmy ponad 4h. Przesiedzieliśmy cały ten czas w obskurnym warungu. Nie mogliśmy się nigdzie ruszyć, bo nie było pewne za ile przyjedzie kierowca. Byliśmy zawiedzeni, zmęczeni i głodni (jedzenie w warungu nie zachęcało do konsumpcji), a czekał nas jeszcze powrót do Yogyi. Na szczęście ruch nie był bardzo duży, więc po około 4h byliśmy znowu pod biurem podróży. Właścicielka poinformowała nas, że wynegocjuje z kierowcą busa niższą cenę za przejazd, niż było umówione (żeby nam oddać więcej pieniędzy), a za wycieczkę odda nam wszystko, co wpłaciliśmy. 

Nie rozpaczałabym tak bardzo, gdyby nie fakt, że na Karimunjawę już pewnie nie popłynę podczas pobytu tutaj. Kiedy zaczyna się pora deszczowa na oceanie fale są coraz większe, a kursowanie promów niepewne. Armatorzy wycofują po kolei wszystkie statki pływające w tamtym kierunku i poddają je corocznej konserwacji. Nawet jeśli udałoby się popłynąć w tamtą stronę, mógłby być problem z powrotem. W zeszłym roku jakaś grupa czekała na wyspie półtora tygodnia, aż ocean był nieco spokojniejszy i jednemu z promów udało się odpłynąć. 

A na Karimunjawie miałyśmy przez 4 dni podziwiać rafę koralową podczas snorkelingu, pływać z rekinami i odwiedzić Turtle Conservatory. Do tego opychać się owocami morza, leżeć na białym piasku i pluskać się w turkusowej wodzie. No ale jak pech, to pech. Jak to mówią Indonezyjczycy: sabar (cierpliwości).

sobota, 26 listopada 2011

Po szkole. Część 2: Sport

Na początku miałam wrażenie, że Indonezyjczycy w ogóle się nie ruszają. To znaczy ruszają, ale wszędzie na motorkach, nie piechotą, nie biegiem, nie na rowerach. Wydawało mi się, że nie uprawiają żadnych sportów. Okazało się, że tutaj "dniem sportu" jest niedziela, szczególnie rano. Pewnej niedzieli przejeżdżałam koło stadionu sportowego, a tam tłumy! Biegają, ćwiczą, grają w siatkówkę, w badmintona. Grupy rowerzystów liczące po kilkadziesiąt osób zajmują całą szerokość ulicy. Lokalna "Masa Krytyczna" :) I to wszystko w niedzielę rano, baaaaardzo rano... Zaczynają pewnie koło 4-5 i  7 już kończą, co w tym klimacie jest zupełnie zrozumiałe. Ale dla mnie to za wcześnie ;) 

Prawie każdy uniwerek w mieście ma swój basen otwarty. UAD niestety nie ma swojej pływali, ale na północy miasta można popływać na UNY. Póki co byłam raz, ale myślę, że na tym się nie skończy. Zastanawiałam się wcześniej, czy muzułmanki na basen też chodzą pozakrywane od kostek do nadgarstków i okazuje się, że tak. Jest kilka "stopni rozebrania":
- kostium kąpielowy w wersji europejskiej - tak pływamy tylko my, co budzi pewne zdziwienie i zainteresowanie, ale nie wiąże się z żadnymi nieprzyjemnościami;
- zabudowany kostium z krótkim rękawkiem i krótkimi nogawkami - tak ubrane pływają mniej ortodoksyjne muzułmanki, albo chrześcijanki;
- to, co powyżej, ale wersji ubraniowej - zwykłe szorty i zwykły t-shirt;
- kombinezon zakrywający całe ciało i welon na włosy - wszystko raczej luźne, bo nie powinno się nosić obcisłych strojów.

Dotyczy to oczywiście kobiet (niezależnie od wieku), mężczyźni pływają w szortach. 

Na myśl o indonezyjskim basenie wyobrażałam sobie straszny syf i byłam bardzo zaskoczona, że standard jest naprawdę OK :) Mają nawet czteropoziomową wieżę do skoków z basenem o głębokości 8 metrów.

Wczoraj po raz pierwszy poszłam na zajęcia jogi w klubie fitness, który mam 15 min od domu. Nigdy wcześniej go nie zauważyłam, chociaż chodziłam tą ulicą nie raz. Lekcja była fantastyczna :) Świetnie wyszkolona instruktorka poleciła mi jeszcze kilka innych miejsc w mieście, w których joga jest praktykowana oraz wspomniała o kilku szkołach w kraju kształcących trenerów jogi. Kursy oczywiście 3-4 razy tańsze niż w Polsce, więc może kiedyś przyjadę tu jeszcze raz, na sam kurs :) 

Na basen i siłownię można też iść do dobrego hotelu, co chyba dziś zrobię. Nie jest to tak tanie, jak moja wczorajsza lekcja jogi (za niecałe 6zł!), ale nadal tanie :) 

Samemu można trafić do takich miejsc tylko przypadkiem, a jedynym źródłem informacji są Indonezyjczycy. Taka kultura - musisz znać kogoś, kto zna fajne miejsce, bo w Internecie tego miejsca na pewno nie znajdziesz. Nawet większość hoteli nie ma swoich stron. Bardzo się cieszę, że udaje mi się odnaleźć tu takie miejsca, brakowało mi sportu. Bieganie po ulicach i jazda na rowerze w ciągu dnia nie wchodzą w grę. Jest zbyt gorąco, nie ma chodników, nie ma parków, ulice są tłoczne i głośne, a powietrze zatrute przez spaliny motorów - żadna przyjemność biegać w takich warunkach. A roweru nie mam. Kupiłam skakankę i skaczę w salonie :) A teraz będę jeszcze chodzić na jogę :)

poniedziałek, 21 listopada 2011

Bali

OK, czas się przyznać - 2 tygodnie temu, kiedy miałam kilka dni wolnego od szkoły, byłam na Bali :) To była bardzo spontaniczna wycieczka w składzie Ela i ja. Najpierw miałyśmy jechać na Karimunjawa Islands, ale nie uzbierała się odpowiednio duża grupa w biurze podróży organizującym taki wypad. Szkoda nam było siedzieć w mieście, więc próbowałyśmy opracować alternatywny plan. Sprawdziłyśmy loty z Yogyi we wszystkich możliwych kierunkach i okazało się, że najtańsze są przeloty na Bali. Nie namyślając się zbyt wiele postanowiłyśmy: lecimy na Bali. Bilety kupiłyśmy w biurze Lion Air na lotnisku ("straszny" Lion Air, znajdujący się na czarnej liście UE, niczym nie różni się od tanich linii z Europy), tuż przed naszym lotem. Na Bali dotarłyśmy przed północą i z przewodnikiem w ręku radośnie ruszyłyśmy piechotą w stronę miasta. Taksówki z lotniska nie chciałyśmy brać, bo są droższe niż te złapane gdzieś na drodze, ale złapanie taksówki o tak późnej porze nie było łatwą sprawą. W końcu wypatrzyłyśmy charakterystyczne błękitne auto (największa korporacja taksówek w Indo to Blue Bird), podałyśmy kierowcy adres Poppies Gang i jazda. Poppies Gang, odchodząca od Jl Kuta Beach to centrum tanich hotelików w Kucie - miejscowości położonej najbliżej lotniska, z bardzo znaną plażą, na której odbywa się wiele zawodów surfingowych. Sama Kuta słynie z tego, że jest mekką imprezowiczów i tak naprawdę z pozostałą częścią Bali niewiele ma wspólnego. Jeszcze nie wiem, czy to prawda, bo nie ruszałyśmy się poza Kutę i leżące powyżej niej dwie miejscowości. Północną i środkową część Bali chcemy zwiedzić w grudniu, w drodze na Lombok. 

Taksówką jechałyśmy przez okolicę tak niesamowicie oświetlonych, ekskluzywnych i eleganckich hoteli, jakich nie widziałam nigdzie indziej. Gdzieś między nimi, trochę dalej od oceanu, była sieć małych alejek (Gang) z ukrytymi małymi hotelami i knajpkami. Krążyłyśmy po Poppies Gang do 2 w nocy, żeby znaleźć coś w cenie podanej w przewodniku. Niestety okazało się, że niskie ceny, które podają autorzy Lonely Planet można wytargować zostając w hotelu na miesiąc, a nie jedną-dwie noce. To tak ku przestrodze na przyszłość - warto cenę z przewodnika pomnożyć razy dwa i od tego rozpocząć poszukiwania.

Zaczęło padać, byłyśmy przemoczone, zmęczone i odpuściłyśmy szukanie, kiedy uznałyśmy "taniej już nie będzie". Nasz pokój miał wielkie dwuosobowe łóżko, wielki wiatrak na suficie i wielkiego martwego karalucha na podłodze w łazience. Okno pokoju wychodziło na korytarz, w łazience nie było światła, ale był za to bród. Poziom zmęczenia był już tak wielki, że było nam wszystko jedno. 

Nietypowo moskitierę rozłożyłyśmy na łóżku, zamiast rozwiesić nad nim. Miała to być ochrona przed pluskwami. Spałyśmy też przy zapalonym świetle, bo pluskwy wychodzą po ciemku. Nasza przygoda z "rajskim Bali", zaczynała się zupełnie nierajsko. 

Rano ubrałyśmy się w krótkie spodenki (w Yogyi to się nie zdarza), poszłyśmy na przepyszne śniadanie (omlet z krewetkami - knajp z owocami morza było mnóstwo), wymeldowałyśmy się z hotelu i z plecakami ruszyłyśmy w miasto. Jedyny "zabytek" w Kucie to Memorial Wall - upamiętniające pierwszy zamach bombowy z października 2002 roku. Zginęło wówczas ponad 200 osób (ich nazwiska wypisane są na wielkiej ścianie), a ponad drugie tyle zostało rannych. Miejsce po wysadzonej restauracji nadal jest puste. 


Memorial Wall
W kupie raźniej ;)
"pret-a-porter" jesień/zima 2011
Sklep z deskami do surfingu. "For sale. Don't massage". W Kucie najwięcej jest salonów masażu i wypożyczalni desek.
Masaż można sobie zafundować na plaży. Takich samozwańczych masażystek jest od groma. Tutaj jedna masuje głowę, druga plecy, a trzecia robi peeling stóp szczęśliwej turystce. Po prawej sprzedawcy bransoletek i napojów, łażący za turystami krok w krok, przysiadający się do nich i dający spokój dopiero po dokonaniu jakiegoś zakupu.
Słynna plaża w Kucie
Na spokojnej plaży w Seminyaku
Potem odbiłyśmy w stronę plaży i rozpoczęłyśmy marsz na północ. Było bardzo gorąco, więc po godzinnym spacerze rozłożyłyśmy się na piasku i na przemian chodziłyśmy skakać przez fale. I to było piękne :) "Początek listopada, a ja prażę się na słońcu i pływam w ciepłym oceanie, a więc jednak jestem w raju" pomyślałam. Wisiało nad nami znalezienie kolejnego miejsca na nocleg, a nie chciałyśmy znowu szukać po ciemku, więc wcześnie zawinęłyśmy się z plaży. Poszłyśmy na obiad, a potem, znowu w deszczu, zaglądałyśmy do małych hotelików. W miejscowości Legian znalazłyśmy hotel w tej samej cenie, co w Kucie, ale: z wejściem przez mini ogródek, klimatyzacją, łazienką z ciepłą wodą (już zdążyłam zapomnieć, jak cudownie jest wykąpać się w ciepłej wodzie) i bez robaków :) U właściciela hotelu kupiłyśmy po małym piwku i posiedziałyśmy chwilę na bambusowych fotelach przed wejściem do pokoju. Bardzo miło :) Obok hotelu był warung z całkiem przyzwoitymi cenami oraz z pijanym Australijczykiem i równie pijaną Hinduską, którzy bardzo nas namawiali, żebyśmy właśnie tam zjadły. Pogadałyśmy z nimi chwilę, a potem przegadałyśmy resztę wieczoru z dwoma Francuzami podróżującymi po Azji. Szefowa warunga co chwilę donosiła nam nowe piwo, ciągle stawiane przez Australijczyka. Właściciele już zamykali, kiedy właśnie lunął deszcz, więc szybko uciekałyśmy do naszego hotelu. Tym razem spałyśmy przy zgaszonym świetle i jak normalni ludzie pod moskitierą, a nie na niej ;)


Po plażowaniu czas na obiad. Kapelusz kupiony za 40 tys. rupii, cena wyjściowa to 120 tys. rupii (jestem coraz lepsza w targowaniu) :)
Podarki dla duszków, każdego poranka wystawiane przed domy, restauracje, świątynie, hotele

Większość małych uliczek wciśnięta jest między wysokie mury, przez co ma się wrażenie spacerowania po labiryncie :)
Mini ogródek przez naszym pokojem

Misterna konstrukcja z moskitier
Kolejnego dnia od rana kropiło, miałyśmy plan iść plażą, jak najdalej na północ, ale szybko nam się odechciało. Co mniej więcej 200m, od strony ulicy prosto do morza uchodziły odpływy kanalizacji przeciw burzowej. Do oceanu wpadało wszystko, co tylko nocna ulewa zgarnęła z ulic - resztki jedzenia, plastikowe opakowania, mnóstwo śmieci i brudu. Wszystko to wylewało się na plażę i dalej spływało do oceanu. Wierzyć mi się nie chciało, że w tak bardzo turystycznym rejonie Indonezji jest tak strasznie brudno. Do brudu w Yogyi już przywykłam (chociaż nadal mnie denerwuje), ale TAKIEGO brudu na rajskim Bali się nie spodziewałam. Spacer przez zalaną śmieciami plażę nie był ani trochę przyjemny, więc po pewnym czasie odbiłyśmy z powrotem w głąb lądu. Byłyśmy już w kolejnej miejscowości (Seminyak). Cały czas kropiło, z plażowania nici, więc poszłyśmy na rewelacyjny obiad (robiony całkiem pod turystów, ale przez to przepyszny) i postanowiłyśmy sprawdzić to, z czego Bali słynie - tanie salony SPA :) Wybrałyśmy godzinny masaż balijski i było fantastycznie :) Potem baaaaardzo długo, spacerem przez miasto, wracałyśmy do naszego hotelu w Legianie, po drodze mijając dziesiątki bardzo ekskluzywnych butików przygotowanych na zasobne portfele turystów z Australii. 


Przeczekując deszcz
Podczas spaceru plażą w stronę północy zahaczyłyśmy o hinduistyczną świątynię Pura Petitenget
Podarki w świątyni

Podarki przed świątynią. Jest tam nawet papieros - niech sobie duszek zapali  ;)
Brudna plaża po całonocnej burzy
Komu się marzy wesele przy plaży?
Ela skusiła się na fish SPA, czyli rybkowy pedikur
Czekając na masażystkę
We wtorek po śniadaniu przetestowałyśmy kolejne SPA. Tym razem wybrałyśmy masaż gorącymi kamieniami. Potem zafundowałyśmy sobie jeszcze zabiegi pielęgnacyjne na twarz i na stopy i zmusiłyśmy się do wyjścia, żeby nie zostawić tam reszty naszego funduszu wyjazdowego. Już szłyśmy na plażę, kiedy znowu się rozpadało. Pół dnia przesiedziałyśmy w najbliższej knajpie. Przysiadł się do nas starszy Włoch, który porzucił życie w Europie, żeby w Azji odnaleźć sens życia i spokój... A więc takich jak my, czekających na "olśnienie" i odpowiedź na pytanie "co chcę robić w życiu, jak dorosnę?" jest tu więcej ;)

Kiedy się trochę wypogodziło, ruszyłyśmy w stronę Kuty. Dotarłyśmy do miejsca, w którym pierwszego dnia jadłyśmy śniadanie i tam postanowiłyśmy siedzieć do oporu - znowu się rozpadało, a my nie miałyśmy noclegu na ostatnią noc. Samolot powrotny miał być w środę o 6 rano, więc plan wstępny brzmiał "noc na plaży". Ze względu na pogodę, wdrożyłyśmy w życie plan awaryjny "noc w knajpie". Usiadłyśmy do obiadu koło 17, od stolika wstałyśmy o 0:30, kiedy zamykali lokal. Przez cały ten czas, kiedy tak strasznie lało, po drugiej stronie ulicy siedział pod daszkiem małego sklepu uśmiechnięty chłopak, popijający piwko. Przysiadłyśmy się do niego. Chciałyśmy tylko na chwilę (a potem ruszyć piechotą na lotnisko), ale siedziałyśmy ponad 3 godziny. Mike jest Kanadyjczykiem i od dwóch lat przemierza świat na rowerze. Zapakowany jest w sakwy, gdzie się da śpi w namiocie, zjechał Europę, Bliski Wschód, Azję Centralną, Chiny, Azję Pd.-Wsch. Kuta była jego ostatnim przystankiem przed lotem do Australii, gdzie zamierzał jeździć przez kolejne miesiące. Niesamowity gość, a jego opowieści (o tym jak ledwo przeżył dengę na Sumatrze, jak go okradziono w Uzbekistanie czy Kazachstanie i o tym, że Iran jest najcudowniejszym miejscem, jakie do tej pory widział) zapierające dech. Jakby ktoś miał ochotę poczytać więcej (warto!): mikeonbike.wordpress.com Spotykając takich ludzi myślę sobie, że mój wyjazd to pikuś, a miejsc na świecie, do których chcę jeszcze pojechać - miliony.


Naszyjniki z muszli
Jl Kuta Beach
"Siedzimy... nic się nie dzieje... czekamy" cytując Macieja Sthura
Za oknem leje, a na ławce pod sklepem siedzi Mike
Leje coraz mocniej
Ciężarna kotka biegająca po knajpie i znudzona Ela ;)
W środku nocy złapałyśmy taksę na lotnisko. Kierowca zawiózł nas okrężną drogą, co nas mocno podirytowało, ale już nie miałyśmy siły się z nim kłócić. Samolot wystartował bez opóźnienia, za to po godzinie lotu, kiedy już mieliśmy lądować, usłyszeliśmy, że ze względu na burzę w Yogyi samolot zawróci i wyląduje w Surabayi. Pięknie, ciekawe co potem? Pociąg? Autokar? Z Surabayi do Yogyi jedzie się ok. 10 godzin. Na szczęście na lotnisku przeczekaliśmy aż burza przejdzie i z 3-godzinnym opóźnieniem dolecieliśmy do Yogyi. Resztę dnia odsypiałam.



Podsumowanie Bali? Za mało widziałam, żeby cokolwiek podsumowywać, ale to co widziałam mnie zaskoczyło. Miała być plaża i drinki z palemką, a był głównie deszcz, ale też wiele ciekawych osób spotkanych po drodze. Okolica Kuty to totalna komercja, wielki bazar wszelkiego rodzaju badziewia, orientacja 100% na turystów, irytujący naganiacze ("yes, shopping"; "yes, massage"; "yes, transport"; "yes, pedicure"; "yes, boyfriend for one night"; "yes, very cheap"; "yes, buy one" - nie wiem, co oni mają z tym "yes" na początku każdego zawołania, ale ja miałam ochotę ciągle mówić "NO!"), brudna plaża i brudne ulice. Okolice Legianu i Seminyaka są już o niebo lepsze, ale wciąż nie oczarowują. Dobre było jedzenie, możliwość chodzenia w krótkich spodenkach i wykąpania się w końcu w oceanie, super masaże i piękny zapach kadzidełek unoszący się z ustawianych przez Balijczyków WSZĘDZIE i CODZIENNIE małych podarków składanych w hołdzie dobrym duszkom i dla uspokojenia złych duchów :) 

piątek, 4 listopada 2011

Po szkole. Część 1: Modelką być :)

Być może czytając moje wpisy, wydaje Wam się, że ciągle jeżdżę na wycieczki, ale to zupełnie nieprawda. Ze względu na szkołę, większość czasu spędzam w Yogyi. Jestem całkowicie uzależniona od planu zajęć na UAD, na które muszę chodzić, żeby nie stracić stypendium i wizy. Na szczęście od czasu do czasu pojawiają się różne możliwości na spędzanie czasu w mieście. Uczę studentów angielskiego, raz sędziowałam studencki konkurs, ostatnio zaangażowałyśmy się z dziewczynami w działalność pewnej fundacji oraz miałam przygodę z modelingiem :) Ale nie wszystko na raz. Dziś o tym, jak przez chwilę byłam modelką. 

Pewnego dnia, podczas zajęć na uniwersytecie, nuczycielka poprosiła, żebym porozmawiała z jej znajomym, który czeka na mnie przed salą. Trochę zdezorientowana wyszłam na zewnątrz, a tam drobniutki Indonezyjczyk mówi mi "Jestem fotografem, chciałbym, żebyś była moją modelką". Najpierw biorą mnie za native speakera i proszą o uczenie studentów angielskiego, a teraz za modelkę? Robi się coraz zabawniej :) Próbowałam się wytłumaczyć, że chyba się pomylił, bo ja nie jestem modelką i nie mam tu ze sobą nawet żadnych ładnych ubrań, w których mogłabym pozować, ani kosmetyków, którymi mogłabym się umalować. 
On wszystko załatwi. 
No dobra, co mi szkodzi :) 

Wieczorem wymieniliśmy kilka maili i dogadaliśmy szczegóły. Po kilku dniach, w niedzielę, przed 5 rano była u mnie makijażystka. Przyniosła kilka waliz kosmetyków i półtorej godziny robiła mi makijaż. Pierwszy raz w życiu miałam doklejane rzęsy :D 

Kilka minut po 6 przyjechało trzech fotografów i dwie dziewczyny (podczas sesji jedna nosiła białą blendę, a druga mnie ustawiała). Zapakowaliśmy się do dwóch samochodów, razem z Kasią dostałyśmy śniadanko (pierwsze dobre bułki, jakie tu jadłam) i ruszyliśmy na południe. Po niecałej godzinie jazdy dotarliśmy na jedyną indonezyjską pustynię, przypominającą nasze ruchome wydmy w Łebie. Gumuk Pasir (tak nazywa się pustynia) znajduje się bardzo blisko oceanu, w pobliżu Parangtritis (najbliższej od Yogyi plaży). Było bardzo wcześnie, wiał przyjemny wiatr od oceanu, a słońce jeszcze nie grzało tak mocno, jak zwykle. Przeszliśmy się kawałek pustynią i zaczęło się: prawa noga do przodu, lewa ugięta, a teraz ręka na włosach, ręka na biodrze, ręka luźno w powietrzu, wyżej broda, niżej broda, otwórz oczy, zamknij oczy, złap parasolkę, podnieś ją wyżej, opuść niżej. To wcale nie jest taka łatwa robota, jak mi się kiedyś wydawało. Po niemal trzech godzinach, zeszliśmy z wydm i poszliśmy napić się soku z kokosa. Potem pojechaliśmy na plażę Depok, która słynie z targu owoców morza. W jednej z licznych knajp zjedliśmy pyszny obiad z krewetkami w roli głównej i wróciliśmy do Yogyi. Modelling raczej nie jest moim powołaniem, ale przygoda ciekawa :)

Kilka dni temu Endang (główny fotograf) wysłał to zdjęcie na konkurs "outdoor portrait" Canon Indonesia i wygrał









środa, 2 listopada 2011

Pora deszczowa

Porę deszczową można oficjalnie uznać za rozpoczętą... Odkąd tu przyjechałam było cały czas bardzo gorąco, ale powietrze było suche (poza Jakartą). Mniej więcej dwa tygodnie temu powietrze zaczęło się robić coraz bardziej lepiące i ciężkie, a po kilku takich wilgotnych dniach spadł pierwszy deszcz. Na początku opady były niewielkie i bardzo krótkie, ale z każdym dniem stawały się bardziej intensywne. Od kilku dni leje codziennie - zwykle między 14 a 16, czyli właśnie teraz. I wygląda to tak:




Czasem leje też w nocy. Póki co pada najwyżej dwa razy na dobę, więc jeszcze nie tak źle, ale... za każdym razem jak pada wywala nam korki w domu. Wcześniej wystarczyło pstryknąć korki, żeby prąd wrócił, ale przedwczoraj usiałyśmy radzić sobie bez prądu przez cały wieczór (i wtedy bardzo cieszyłam się, że zabrałam z Polski moją latarkę-czołówkę), bo sprawa wyglądała na bardziej poważną. Wczoraj przyszedł elektryk i niby już miało być wszystko dobrze... aż do dzisiejszej ulewy. I znowu siedzimy bez prądu :( Drugim ogromnym minusem ulewnych deszczy jest zalany taras na dachu, w którym wody zbiera się niemal do kostek i codziennie musimy to sprzątać, dopóki nasza Ibu nie naprawi jednej rynny. Ma to zrobić besok, besok, besok, czyli tomorrow, tomorrow, tomorrow, jak określa bliżej niezdefiniowaną przyszłość. Przy dzisiejszej ulewie po raz pierwszy woda dostała się na piętro z naszymi sypialniami (częściowo spłynęła po ścianie z tarasu, częściowo wpłynęła przez dziurę w dachu). Trochę mnie to martwi, bo najbardziej intensywne deszcze będą w grudniu i wolałabym wtedy nie być zmuszona do zakupu kajaka (wystarczy, że już kupiłam gumowe buty). Mam też nadzieję, że nie dotrą do nas powodzie nawiedzające teraz Tajlandię i Kambodżę...

niedziela, 30 października 2011

Chińskie wróżby i Borobudur

Już jakiś czas temu umówiłyśmy się (Kasia, Ela i ja) z naszą nauczycielką Kiki (rok starsza ode mnie, przesympatyczna i bardzo dobrze mówi po angielsku), że pojedziemy wszystkie razem do tysiącletniej buddystycznej świątyni Borobudur, która jest największą atrakcją Centralnej Jawy. Kiki przy okazji zaprosiła nas w odwiedziny do swoich rodziców, którzy mieszkają niedaleko. W sobotę po południu spotkałyśmy się na Terminal Jombor - zajezdni autobusowej na północy miasta. Tam złapałyśmy busa jadącego w kierunku Magelangu. W autobusie, jak to w autobusie: duszno, gorąco, tłoczno. Przed odjazdem, przez sam środek autobusu standardowy przemarsz handlarzy wszystkiego, co może się przydać w podróży (od słonych orzeszków i pączków, po okulary przeciwsłoneczne i portfele), a zaraz po odjeździe koncert grajka, zawodzącego aż do kolejnego przystanku. Po prawie 1,5 godziny jazdy dotarłyśmy pod dom rodzinny Kiki. Poszłyśmy przywitać się z jej rodzicami, którzy poczęstowali nas smażonymi bananami i musem bananowym gotowanym w liściach palmowych. Zastaw pytań, jak wszędzie: jak masz na imię? skąd jesteś? co robisz w Indonezji? czy masz już męża/chłopaka? Każda odpowiedź wywołuje wykle salwy śmiechu, nie wiem czemu, więc myślę na usprawiedliwienie: "różnice kulturowe". 


Z Kiki i jej rodzicami


Potem Kiki zabrała nas do najbliższej świątyni: Hok An Kiong - świątynia Tri Dharma, czyli "trzech wyznań" - Konfucjonizm, Buddyzm i Taoizm. Nie jest to miejsce przeznaczone dla turystów, ale Kiki zagadała z opiekunem świątyni, żeby nam co nieco poopowiadał. Musiałyśmy poczekać, aż mężczyzna modlący się przy jednym z ołtarzy skończy modlitwę i dopiero mogłyśmy wejść do środka. Od tej pory nie wolno nam było robić zdjęć, czego bardzo żałuję, bo kilkanaście maleńkich ołtarzyków robiło wrażenie: złocone chiński znaki na purpurowym tle, figurki bóstw, smoków i innych zwierząt. W środku pachniało kadzidłami, na ołtarzach, w szklanych kielichach pływały świece w kształcie kwiatu lotosu. 




Pod jednym z większych ołtarzy (na wprost wejścia) leżał kamienny, malowany tygrys - strażnik ołtarza. Przypomniało mi się wtedy, że mój znak zodiaku w kalendarzu chińskim to właśnie tygrys, o czym powiedziałam staruszkowi, który nas oprowadzał. Ten się na chwilę zamyślił, zapytał o moją datę urodzenia, imię i zaczął opowiadać o tym, jaki mam charakter, jakie relacje z bliskimi, jakimi zasadami się kieruję w życiu, co mi dolega i na co powinnam uważać. Były też wróżby bardziej osobiste i sercowe, ale te zachowam dla siebie ;) Stałyśmy z dziewczynami, jak otępiałe. Gapiłyśmy się na podpierającego się laską starego Chińczyka, mówiącego po indonezyjsku, jak na malowane wrota. A on mówił dalej, trochę jak w jakimś transie. Kiki nam wszystko tłumaczyła. Potem powróżył też Kasi i Eli. A potem, jakby nigdy nic, kontynuował oprowadzanie po świątyni. Na koniec stanęliśmy przed ołtarzem bóstwa, o którym powiedział: "protector" - pomaga ludziom podjąć właściwe decyzje i opiekuje się nimi, gdy są w nowej sytuacji, w podróży, albo mają kłopoty. Postanowiłyśmy temu właśnie zapalić po kadzidełku. Przed wyjściem, każda z nas dostała kilka "modlitewników" - po chińsku i indonezyjsku, więc będzie z nich mały pożytek, ale nie wypadało odmawiać.

Nigdzie nie widziałyśmy żadnej puszki na datki, stary Chińczyk też o żadne pieniądze nie prosił, a jednak chciałyśmy się jemu odwdzięczyć, za oprowadzenie po świątyni i wróżby, więc przy pożegnaniu Ela wsunęła mu w dłoń kilka banknotów. Po powrocie do domu Kiki i zjedzeniu kolacji, uduchowione i podekscytowane jeszcze długo analizowałyśmy nasze wróżby i ich znaczenie. 

Następnego dnia rano Kiki zapakowała nas do auta i pojechałyśmy do Borobudur. Zaparkowałyśmy przy bocznym wejściu, które jest całkiem puste, w porównaniu z głównym wejściem. Zwiedzanie w towarzystwie Jawajczyków jest znacznie łątwiejsze :) Dostałyśmy chusty do przewiązania w pasie i ruszyłyśmy w kierunku świątyni. Było jeszcze przed 9, a już żar lał się z nieba. Borobudur zbudowane jest z bloków skał wulkanicznych, połączonych ze sobą beż żadnych spoin. Cała budowla zawiera pod sobą małe wzgórze, które daje stabilizację tej wielkiej konstrukcji. Gdyby spojrzeć na Borobudur od góry widać, że jest to pewnego rodzaju mandala, którą kiedyś przechodzili medytujący pielgrzymi. Pięć dolnych tarsów zbudowano na planie kwadratu. Wyżej są trzy tarasy na planie koła. Na każdym z nich umieszczone są wielkie stupy (podobno to odwrócone kwiaty lotosu), a w środku każdej stupy siedzi posąg Buddy. Całość wieńczy największa stupa. 

W czasach swojej świetności było to miejsce pielgrzymek wiernych z Indii, Chin i Indochin. Pielgrzymi zaczynali modlitwy w świątyni Mendut znajdującej się 3,5km na wschód od Borobudur. Później schodzili w dół, do koryta rzeki Sungai Elo, przeprawiali się przez nią wpław, wchodzili na kolejne wzgórze, znowu w dół - do koryta rzeki Sungai Progo i w górę do kolejnej małej świątyni - Pawon. W jej okolicy odpoczywali przed ostatnim odcinkiem pielgrzymki. Po przejściu 1,5 km docierali do Borobudur, w którym około 6 godzin wędrowali po kolejnych tarasach świątyni. Oglądali tam reliefy - wykute w ścianach sceny z życia Buddy, przypowieści tłumaczące karmę i buddystyczną koncepcję świata, jako ciąg związków przyczynowo-skutkowych. Wchodząc na kolejne tarasy świątyni, pielgrzymi doznawali stopniowego oświecenia i uduchowienia. Dochodząc do najwyższej stupy mieli być już wprawieni w stan nirwany. 


Candi Mendut
Candi Pawon
Handlarki ze straganów z rękodziełem
Kupujemy pacynki (wayang golek) ubrane w batik. Na Jawie Centralnej dużo jest teatrów pacynkowych.
Candi Borobudur
U stóp Borobudur
Reliefy z życia Buddy. Podczas zeszłorocznego wybuchu Merapi Borobudur zostało przysypane pyłem wulkanicznym - tu widać ślady siarki
Prace restauracyjne. Te wzorki są jak wcięcia w puzzlach - każdy kamień ma trafić w to samo miejsce. Kamienie wbijane są drewnianym młotem (metalowy mógłby zniszczyć strukturę kamienia). Pod spodem kamienie ułożone są rzadziej - to system odprowadzający wodę.
Kamienne stupy

Relify. Kamienie były układane bez spoiwa między nimi.
Widok na góry
W każdej stupie siedzi taki Budda. Posągi są prawie identyczne, różnią się tylko ustawieniem dłoni (czyli mudrą). Jest przesąd mówiący, że jeśli uda się przełożyć ramię przez otwór stupy (ten w kształcie diamentu lub kwadratu) i dotknąć dłoni Buddy to przyniesie szczęście :) Próbowałam, to wcale nie jest łatwe :)



My chodziłysmy po Borobudur znacznie krócej, może dlatego nie osiągnęłyśmy ani oświecenia ani nirwany. Ale jeszcze wszystko przed nami :) 


W drodze powrotnej odwiedziłyśmy jeszcze dziadków Kiki, mieszkających na wsi, potem wróciłyśmy do jej rodziców, żeby zjeść obiad i podziękować im za gościnę. Chwilę później siedziałyśmy wciśnięte w autobus relacji Semarang-Yogyakarta i w ulewnym deszczu wracałyśmy do domu.