Jestem teraz w Ende - malym miescie portowym na poludniu Flores. Dzis o swicie cala grupa bylismy na Kelimutu - wulkanie z trzema jeziorami - kazde w innym kolorze: jedno turkusowe, jedno czarne, a jedno akurat dzis bylo blekitne - zmienia kolory od pamaranczowo-brazowego, przez czerwone, zielonkawe, niebieskie po czarne - zmiany sa nieprzewidywalne, ale w jakims stopniu zalezne od pory roku, pory dnia, opadow. Nie wiadomo dlaczego tak sie dzieje - prowadzone sa rozne badania, ale nie odkryto jeszcze przyczyny. Dlatego dla miejscowych caly czas jest to swiete miejsce. Ludzie wierza, ze do jezior trafiaja dusze zmarlych. Do jednego z nich dusze dzieci i osob niewinnych, do drugiego starych, ktorzy zmarli smiercia naturalna, a do trzeciego dusze ludzi chorych, nawiedzonych, czarownic i wariatow. Samo Ende nie jest ciekawe - ot, miasteczko jakich tysiace w Indonezji - brudne, glosne, w ktorym centralnym miejscem jest targ warzyw i ryb. Kupilam dzis na nim wielka kisc bananow, zeby miec co jesc jutro na promie, ktorym zamierzamy poplynac na Sumbe. Nie jest to jeszcze do konca pewne (jak wszystko w Indonezji), bo ani nie jestesmy do konca pewni, czy chcemy tam plynac, ani nie jestemy pewni, czy bedzie czym :) Z promami roznie bywa :)
Na Flores jestesmy od mniej wiecej tygodnia. Dotarcie tutaj nie bylo latwe. Przygody zaczely sie jeszcze w Denpasar. Ale po kolei...
Nasza grupa troche sie rozrosla - uzbieralo sie nas 10 osob chetnych do wspolnej podrozy: 9 dziewczyn i jeden chlopak - wszyscy z Polski. Kupilismy w Denpasar bilety "klas super eksekutif" do Labanbajo na kombinowana podroz droga wodno-ladowa, czyli: autokar do Benoa (port na Bali) + prom na Lombok + autokar przez Lombok + prom na Sumbawe + autokar przez Sumbawe + prom na Flores. I to wszystko mialo trwac okolo 35h. Trwalo znacznie dluzej i bylo jeszcze bardziej skomplikowane...
Na terminalu autobusowym stawilismy sie punktualnie o 3, godzine przed odjazdem naszego autokaru, ktory przyjechal z Jakarty spozniony ponad 3h i na dodatek pelny! Pan z biura turystycznego, ktore nam sprzedalo bilety, goraczkowo zaczal przesadzac w srodku Indonezyjczykow, zeby zrobic dla nas miejsce. Pousadzal po trzech na dwoch miejscach, niektorych wcisnal na plastikowe stoleczki w korytarzyku, powiedzial, ze jest magikiem i miejsca dla nas juz sa. Bylismy wsciekli, ze nas oszukal (bo bynajmniej rozklekotany, smierdzacy autokar to nie byla "klas super eksekutif") i wsciekli, ze tak potraktowal innych wspolpasazerow... Mielismy do wyboru: zostac w Denpasar z Indonezyjczykami, ktorym nie udalo sie zapakowac do srodka, albo pojechac... No i pojechalismy. Chociaz z wyrzutami sumienia, ze przez oszusta lapczywego na pieniadze turystow, kilku Indonezyjczykow nie dotrze do domu na Swieta...
Kolejna niespodzianke mielismy na Sumbawie. Mielismy dojechac do portu w Sape, tymczasem w Bimie (50km wczesniej) przesadzono nas do zdezelowanego lokalnego bemo (mini busik), w ktorym siedzi sie z kolanami prawie pod broda. Dojechalismy do Sape, a tam znowu niespodzianka. Wysiedlismy z busu w porcie. Zaraz obskoczyl nas tlum ciekawskich z aparatami i "mister, mister, hotel? transport?". Dowiedzielismy sie, ze jest strajk i od dwoch dni port pasazerski jest zamkniety - zadne promy nie wplywaja, ani nie wyplywaja. Atmosfera byla dosyc napieta. Mieszkancy Sumbawy tradycyjnie nosza przy sobie maczety, wlozone w skorzane pokrowce, zawieszone na plecach. Wiedzielismy o tym wczesniej, a jednak tlum strajkujacych mezczyzn wyposazonych w maczety sprawial nieprzyjemne wrazenie. Wszyscy wygladali na zdenerwowanych, zaniepokojonych, czekajacych nie wiadomo na co... Bylismy juz grubo ponad dobe w drodze, wiec postanowilismy znalezc jakis warung, zjesc i zasiegnac informacji o sytuacji w miescie. Policjant stojacy przy wyjsciu z portu powiedzial, zebysmy juz do niego nie wracali, bo nie jest tam dla nas bezpiecznie. Juz w pierwszym warungu spotkalismy grupe turystow, ktorzy czekali w Sape od 2 dni, az w koncu rusza promy, albo az sytuacja w miejscie sie uspokoi. Od nich dowiedzielismy sie, ze ludzie strajkuja, poniewaz kopalnia zlota, ktora jest w okolicy ma zostac sprzedana, a wielu straci przez to prace. W miescie byly juz specjalne oddzialy policji z Jakarty, ale unikaly konfrontacji i rozlewu krwi. Siedzac przy obiedzie widzielismy TLUMY ciagnace do portu - z maczetami i flagami, gotowe na spotkanie z policja. Nie mielismy za bardzo wyboru, musielismy znalezc szybko hotel i zastanowic sie, co dalej.
Ledwie weszlismy do pokojow i sie wykapalismy ludzie z tej drugiej grupki turystow powiedzieli nam, ze za chwile z portu towarowego do Labuanbajo plynie wielki kuter i moze nas ze soba zabrac. Trzeba bylo szybko podjac decyzje: albo zostajemy w Sape, w ktorym sytuacja byla bardzo niepewna, albo z innymi plyniemy kutrem rybackim. Balismy sie troche o warunki bezpieczenstwa na takim kutrze, ale jeden facet, z tej drugiej grupy, Egipcjanin, powiedzial, ze pracowal kiedys dla jakiegos armatora i zna sie na lodziach i ta wedlug niego jest bezpieczna. Inny, inzynier-konstruktor, potwierdzil, ze nie ma sie czego bac, wiec sie zdecydowalismy.
Wlasciciel hotelu nie chcial nas z niego wypuscic, bo powiedzielismy, ze zasam prysznic nie zaplacimy mu tyle, co mielismy zaplacic za dobe. W koncu otworzyl nam drzwi, ale pojechal za nami do portu, gdzie jeszcze chwile na nas wrzesczal. Zaakceptowal nasze warunki, kiedy jego koledzy zaczeli sie z niego smiac. Przeprosil nas, zaplacilismy za kuter i weszlismy na poklad. Miejsca mieslimy luksusowe: na plandekach i matach rozlozonych na sianie, w towarzystwie workow z cebula, ryzem, kilkoma kurami i kozami pod pokladem :) Ale podroz kutrem byla fantastyczna - w koncu moglismy sie wygodnie rozlozyc i zdrzemnac, odetchnac po stresujacej atmosferze Sape i miec nadzieje, ze w Labuanbajo bedzie lepiej.
Po 8h "rejsu" dotarlismy na miejsce. W sumie bylismy dwie doby w podrozy, wiec wymeczeni doczlapalismy sie do hotelu. (c.d.n.)
cale szczescie byliscie tam grupa, bo samemu to bym nie zazdroscil takich "przezyc"!
OdpowiedzUsuń