niedziela, 30 października 2011

Chińskie wróżby i Borobudur

Już jakiś czas temu umówiłyśmy się (Kasia, Ela i ja) z naszą nauczycielką Kiki (rok starsza ode mnie, przesympatyczna i bardzo dobrze mówi po angielsku), że pojedziemy wszystkie razem do tysiącletniej buddystycznej świątyni Borobudur, która jest największą atrakcją Centralnej Jawy. Kiki przy okazji zaprosiła nas w odwiedziny do swoich rodziców, którzy mieszkają niedaleko. W sobotę po południu spotkałyśmy się na Terminal Jombor - zajezdni autobusowej na północy miasta. Tam złapałyśmy busa jadącego w kierunku Magelangu. W autobusie, jak to w autobusie: duszno, gorąco, tłoczno. Przed odjazdem, przez sam środek autobusu standardowy przemarsz handlarzy wszystkiego, co może się przydać w podróży (od słonych orzeszków i pączków, po okulary przeciwsłoneczne i portfele), a zaraz po odjeździe koncert grajka, zawodzącego aż do kolejnego przystanku. Po prawie 1,5 godziny jazdy dotarłyśmy pod dom rodzinny Kiki. Poszłyśmy przywitać się z jej rodzicami, którzy poczęstowali nas smażonymi bananami i musem bananowym gotowanym w liściach palmowych. Zastaw pytań, jak wszędzie: jak masz na imię? skąd jesteś? co robisz w Indonezji? czy masz już męża/chłopaka? Każda odpowiedź wywołuje wykle salwy śmiechu, nie wiem czemu, więc myślę na usprawiedliwienie: "różnice kulturowe". 


Z Kiki i jej rodzicami


Potem Kiki zabrała nas do najbliższej świątyni: Hok An Kiong - świątynia Tri Dharma, czyli "trzech wyznań" - Konfucjonizm, Buddyzm i Taoizm. Nie jest to miejsce przeznaczone dla turystów, ale Kiki zagadała z opiekunem świątyni, żeby nam co nieco poopowiadał. Musiałyśmy poczekać, aż mężczyzna modlący się przy jednym z ołtarzy skończy modlitwę i dopiero mogłyśmy wejść do środka. Od tej pory nie wolno nam było robić zdjęć, czego bardzo żałuję, bo kilkanaście maleńkich ołtarzyków robiło wrażenie: złocone chiński znaki na purpurowym tle, figurki bóstw, smoków i innych zwierząt. W środku pachniało kadzidłami, na ołtarzach, w szklanych kielichach pływały świece w kształcie kwiatu lotosu. 




Pod jednym z większych ołtarzy (na wprost wejścia) leżał kamienny, malowany tygrys - strażnik ołtarza. Przypomniało mi się wtedy, że mój znak zodiaku w kalendarzu chińskim to właśnie tygrys, o czym powiedziałam staruszkowi, który nas oprowadzał. Ten się na chwilę zamyślił, zapytał o moją datę urodzenia, imię i zaczął opowiadać o tym, jaki mam charakter, jakie relacje z bliskimi, jakimi zasadami się kieruję w życiu, co mi dolega i na co powinnam uważać. Były też wróżby bardziej osobiste i sercowe, ale te zachowam dla siebie ;) Stałyśmy z dziewczynami, jak otępiałe. Gapiłyśmy się na podpierającego się laską starego Chińczyka, mówiącego po indonezyjsku, jak na malowane wrota. A on mówił dalej, trochę jak w jakimś transie. Kiki nam wszystko tłumaczyła. Potem powróżył też Kasi i Eli. A potem, jakby nigdy nic, kontynuował oprowadzanie po świątyni. Na koniec stanęliśmy przed ołtarzem bóstwa, o którym powiedział: "protector" - pomaga ludziom podjąć właściwe decyzje i opiekuje się nimi, gdy są w nowej sytuacji, w podróży, albo mają kłopoty. Postanowiłyśmy temu właśnie zapalić po kadzidełku. Przed wyjściem, każda z nas dostała kilka "modlitewników" - po chińsku i indonezyjsku, więc będzie z nich mały pożytek, ale nie wypadało odmawiać.

Nigdzie nie widziałyśmy żadnej puszki na datki, stary Chińczyk też o żadne pieniądze nie prosił, a jednak chciałyśmy się jemu odwdzięczyć, za oprowadzenie po świątyni i wróżby, więc przy pożegnaniu Ela wsunęła mu w dłoń kilka banknotów. Po powrocie do domu Kiki i zjedzeniu kolacji, uduchowione i podekscytowane jeszcze długo analizowałyśmy nasze wróżby i ich znaczenie. 

Następnego dnia rano Kiki zapakowała nas do auta i pojechałyśmy do Borobudur. Zaparkowałyśmy przy bocznym wejściu, które jest całkiem puste, w porównaniu z głównym wejściem. Zwiedzanie w towarzystwie Jawajczyków jest znacznie łątwiejsze :) Dostałyśmy chusty do przewiązania w pasie i ruszyłyśmy w kierunku świątyni. Było jeszcze przed 9, a już żar lał się z nieba. Borobudur zbudowane jest z bloków skał wulkanicznych, połączonych ze sobą beż żadnych spoin. Cała budowla zawiera pod sobą małe wzgórze, które daje stabilizację tej wielkiej konstrukcji. Gdyby spojrzeć na Borobudur od góry widać, że jest to pewnego rodzaju mandala, którą kiedyś przechodzili medytujący pielgrzymi. Pięć dolnych tarsów zbudowano na planie kwadratu. Wyżej są trzy tarasy na planie koła. Na każdym z nich umieszczone są wielkie stupy (podobno to odwrócone kwiaty lotosu), a w środku każdej stupy siedzi posąg Buddy. Całość wieńczy największa stupa. 

W czasach swojej świetności było to miejsce pielgrzymek wiernych z Indii, Chin i Indochin. Pielgrzymi zaczynali modlitwy w świątyni Mendut znajdującej się 3,5km na wschód od Borobudur. Później schodzili w dół, do koryta rzeki Sungai Elo, przeprawiali się przez nią wpław, wchodzili na kolejne wzgórze, znowu w dół - do koryta rzeki Sungai Progo i w górę do kolejnej małej świątyni - Pawon. W jej okolicy odpoczywali przed ostatnim odcinkiem pielgrzymki. Po przejściu 1,5 km docierali do Borobudur, w którym około 6 godzin wędrowali po kolejnych tarasach świątyni. Oglądali tam reliefy - wykute w ścianach sceny z życia Buddy, przypowieści tłumaczące karmę i buddystyczną koncepcję świata, jako ciąg związków przyczynowo-skutkowych. Wchodząc na kolejne tarasy świątyni, pielgrzymi doznawali stopniowego oświecenia i uduchowienia. Dochodząc do najwyższej stupy mieli być już wprawieni w stan nirwany. 


Candi Mendut
Candi Pawon
Handlarki ze straganów z rękodziełem
Kupujemy pacynki (wayang golek) ubrane w batik. Na Jawie Centralnej dużo jest teatrów pacynkowych.
Candi Borobudur
U stóp Borobudur
Reliefy z życia Buddy. Podczas zeszłorocznego wybuchu Merapi Borobudur zostało przysypane pyłem wulkanicznym - tu widać ślady siarki
Prace restauracyjne. Te wzorki są jak wcięcia w puzzlach - każdy kamień ma trafić w to samo miejsce. Kamienie wbijane są drewnianym młotem (metalowy mógłby zniszczyć strukturę kamienia). Pod spodem kamienie ułożone są rzadziej - to system odprowadzający wodę.
Kamienne stupy

Relify. Kamienie były układane bez spoiwa między nimi.
Widok na góry
W każdej stupie siedzi taki Budda. Posągi są prawie identyczne, różnią się tylko ustawieniem dłoni (czyli mudrą). Jest przesąd mówiący, że jeśli uda się przełożyć ramię przez otwór stupy (ten w kształcie diamentu lub kwadratu) i dotknąć dłoni Buddy to przyniesie szczęście :) Próbowałam, to wcale nie jest łatwe :)



My chodziłysmy po Borobudur znacznie krócej, może dlatego nie osiągnęłyśmy ani oświecenia ani nirwany. Ale jeszcze wszystko przed nami :) 


W drodze powrotnej odwiedziłyśmy jeszcze dziadków Kiki, mieszkających na wsi, potem wróciłyśmy do jej rodziców, żeby zjeść obiad i podziękować im za gościnę. Chwilę później siedziałyśmy wciśnięte w autobus relacji Semarang-Yogyakarta i w ulewnym deszczu wracałyśmy do domu.

środa, 19 października 2011

Gunung Merapi

Większość wysp Indonezji ma pochodzenie wulkaniczne. Na Jawie znajduje się dwadzieścia wulkanów, które były aktywne w ostatnim stuleciu. Yogyakarta otoczona jest kilkoma z nich. Najbliżej znajduje się Gunung Merapi (Góra Ognia, niemal 3000 m n.p.m.) - najbardziej aktywny wulkan w kraju, którego ostatnia seria erupcji miałą miejsce rok temu pod koniec października i na początku listopada. Ibu mówiła nam, że gruba warstwa pyłu wulkanicznego przykrywała Yogyę przez trzy tygodnie. Po zeszłorocznych wybuchach stan alarmowy został wycofany dopiero w tym roku, w połowie września. Od miesiąca powoli na Merapi zaczęli wracać i wspinać się żądni wrażeń turyści. W tym my :)

Zanim zdecydowałyśmy się na taką wycieczkę sporo poczytałyśmy w przewodniku i na forach internetowych o tym, jak trasy wejściowe wyglądają po ostatnich wybuchach, na ile jest bezpiecznie (bo bezpiecznie na 100% na takim wulkanie nigdy nie jest), czy są jakieś aktualne ostrzeżenia z Centrum Obserwacji Wulkanów itd. Na Merapi możliwe jest wejście z dwóch stron - od południa, z miejscowości Kaliurang, leżącej u podnóży wulkanu (północna strona Yogyi) i z Selo, wioski leżącej na wysokości 1700 m n.p.m. od północnej strony wulkanu. Początkowo planowałyśmy wyruszyć z Kaliurangu, który jest znacznie bliżej Yogyi, więc stosunkowo łatwo się do niego dostać, ale trasa aż do krateru jest niemal dwa razy dłuższa. Dowiedziałyśmy się też, że lawa i materiał piroklastyczny spływał głównie na południowe stoki wulkanu (właśnie od strony Kaliurangu) podczas wybuchów z 1994, 2006 i 2010 roku. Od około 15 lat wejście na samą górę od tej strony jest surowo zabronione. Można zrobić sobie jedynie krótki spacer do miejsca w którym widać wypływającą lawę. Ostatecznie wybrałyśmy trasę z oddalonego o 65km Selo, a lawę pooglądamy innym razem.

Byłyśmy w pięć. Kasia, ja i Ela (która niedawno dołączyła na UAD) i Dorota z Basią z UNY - uniwerku leżącego na północy Yogyi, też stypendystki programu Darmasiswa. Spotkałyśmy się w sobotę po południu w zajezdni TransYogyi (szybkie autobusy miejskie) i zastanawiałyśmy, jak dotrzeć do Selo. Można tam tanio dojechać małymi lokalnymi busikami, z kilkoma przesiadkami, ale długo to trwa i nie wiedziałyśmy czy wieczorem busiki jeszcze jeżdżą. Zdecydowałyśmy się na taksówkę. Przed sobą miałyśmy dosyć trudne zadanie: znaleźć taksówkarza, który zabrałby nas wszystkie pięć i jednocześnie nie oskubał ze wszystkich pieniędzy. Popytałyśmy kilku kierowców, w końcu znalazł się jeden, który powiedział, że nas zabierze za 200 000 rph (niecałe 80 zł), czyli za połowę tego, co proponowali inni. Wsiadłyśmy do auta i ruszyliśmy. Po kilku minutach zorientowałam się, że jedziemy w złą stronę. Kierowca chyba też się zorientował, bo zaczął dzwonić (pewnie do swoich kolegów po fachu) i pytać ich o drogę do Selo. Zawróciliśmy. Powiedział, że on jednak nie wie, jak tam dotrzeć, ale ma kolegę, który nas zawiezie. Chwilę później siedziałyśmy już w innej taksówce. Tym razem jadącej we właściwym kierunku. Siedziałam z przodu, a na kolanach miałam rozłożoną mapkę z przewodnika i udawałam, że wiem, jak należy jechać (żeby nas nie wywiózł gdzieś w pole). Od czasu do czasu zatrzymywaliśmy się, a kierowca pytał przechodniów i sklepikarzy, jak jechać dalej. W końcu wjechaliśmy na ostatni kręty i stromy odcinek drogi wiodącej do Selo. Jechaliśmy bardzo powoli, ze względu na gęste chmury, w których niewiele było widać. Raz było tak stromo, że kierowca poprosił, żebyśmy wysiadły z auta (które nie dawało rady na podjeździe) i podbiegły, aż skończy się ten najostrzejszy kawałek. Po kilometrach jazdy we mgle dotarłyśmy do Selo. Przez chwilę sprzeczałyśmy się z taksówkarzem, który żądał od nas 50 000 rph więcej niż było umówione. Potem zabrałyśmy nasze plecaki i niezadowolonego kierowcę zostawiłyśmy na środku drogi. 

Poszłyśmy do najbliższego warunga (knajpki uliczno-barakowej), gdzie chciałyśmy zjeść kolację i przeczekać do 1 w nocy - o tej porze należy wyruszyć w drogę, żeby na szczyt dotrzeć o wschodzie słońca. Miałyśmy przed sobą 3h siedzenia z panem, który bez przerwy twierdził, że musimy iść z przewodnikiem (znaczy z nim), bo na Merapi jest bardzo niebezpiecznie, można się zgubić, spaść do przepaści i zabić się. Po tym, co przeczytałyśmy w internecie i w moim przewodniku, wiedziałyśmy, że to bzdury. Oczywiście, może być niebezpiecznie, jak to w górach, ale lokalny przewodnik jest zbędny. Tym bardziej, że pan zażyczył sobie po 100 000 rph od łebka! Uznałyśmy, że poradzimy sobie bez niego, zjadłyśmy kolację, wypiłyśmy kilka herbat i koło północy ruszyłyśmy. 

Smażony ryż z jajkiem (nasi goreng telur) przed wyjściem na zdobycie Merapi
"Gustowny salonik", przez który trzeba było przejść w drodze do toalety
Kuchnia w warungu
Byłyśmy powyżej chmur, więc niebo było czarne, czyste, pięknie rozgwieżdżone, a Księżyc błyszczał tak mocno, że nie trzeba było wyciągać latarek. Po 2 km spaceru asfaltową drogą doszłyśmy do New Selo - ostatnich zabudowań przed wejściem w las. Był tam Base Camp - baza wypadowa dla wycieczek (hostel i sklep z pamiątkami), przy której zgromadzonych było kilka grup Indonezyjczyków, wśród nich trzech Niemców i my. Indonezyjskie grupy szły z przewodnikami, więc postanowiłyśmy iść zaraz za nimi - tak na wszelki wypadek ;) 


Napis "New Selo", który przypominał mi słynny napis "Hollywood". Podczas zejścia z wulkanu był naszym drogowskazem.
Polski team w Base Camp
Asfalt szybko się skończył i zaczęła się bardzo piaszczysta ścieżka przez niezbyt gęsty las. Blisko przed nami i gdzieś dalej i wyżej, widziałyśmy dziesiątki migających latarek. Co jakiś czas zatrzymywałyśmy się na łyka wody i złapanie oddechu, który łatwo traciło się na ostrzejszych podejściach. Czasem można było złapać się jakichś korzeni lub pni drzew, czasem skałek, ale wędrówka w piasku i żwirze była naprawdę męcząca. Po ponad dwóch godzinach wiedziałyśmy, że powoli powinnyśmy zbliżać się do szczytu. Na każdym zakręcie myślałam "to już pewnie tu", ale niestety... Po kolejnej godzinie marszu doszłyśmy do dużego wypłaszczenia. Nie było tam już drzew, był ciemny gruby żwir i niesamowicie mocny, lodowaty wiatr. Schowałyśmy się za czymś, co można by nazwać "górskim grzbietem", pozawijałyśmy się we wszystkie ubrania, które ze sobą wzięłyśmy, przytuliłyśmy się do siebie i trzęsąc się z zimna postanowiłyśmy tak przeczekać pół godziny do świtu, aby ostatni odcinek (wejście na krater) rozpocząć już przy słońcu. 



fota Kasi
Niebo zaczęło się zaróżowiać  zaraz po 4. Wiatr troszkę się uspokoił, chociaż nadal było lodowato. Postanowiłyśmy podejść jeszcze kawałek, bliżej podstawy krateru, żeby złapać jakąś inną grupkę ludzi. Po chwili zobaczyłyśmy wielką żwirową "polanę", na której porozstawianych było kilkanaście namiotów, a powyżej zarysował się wierzchołek krateru. 


Obozowisko przed nami (fota Kasi)
Plecami do krateru, po prawej wschód słońca, w oddali inne wulkany (fota Kasi)
Jedno z obozowisk (fota Kasi)
Robi się coraz widniej, widać wiele namiotów (krater za plecami)
Najtrudniejszy odcinek
Jeszcze zanim zaczął się wschód słońca, tuż obok nas, jeden z Indonezyjczyków zaczął śpiewać poranne nawoływanie do modlitwy. Brzmiało ono niesamowicie, zupełnie inaczej niż nawoływania, które słyszę z głośników codziennie po 4 rano. Muzułmanie wyszli z namiotów, rozłożyli maty i rozpoczęli modlitwę - w tym księżycowym krajobrazie, silnym pylistym wietrze i zimnym górskim powietrzu - w takich warunkach ich religijność zrobiła na mnie ogromne wrażenie. 

Basia i Ela zdecydowały się zawrócić na dół, a ja poszłam dalej z Kasią i Dorotą. Przeszłyśmy zaledwie kilka metrów, gdy zauważyłyśmy maleńkie ognisko przy jednym z namiotów. Szybko przysiadłyśmy się, żeby chociaż przez chwilę ogrzać zmarznięte dłonie. Kiedy zrobiło się odrobinę cieplej, przeszłyśmy kolejny kawałek drogi, aż Indonezyjczycy z innej grupki zaczęli nas zagadywać. Widząc, jak bardzo jesteśmy zziębnięte zaprosili nas na kawę, którą właśnie gotowali na niewielkim palniku gazowym. Byłam już tak bardzo zmęczona, niewyspana, głodna i na wskroś przemarznięta że zaserwowana przez nich słodka kawa imbirowa smakowała mi, jak żadna inna na świecie. Po tradycyjnej sesji zdjęciowej ("miss, photo-photo?"), kiedy słońce zaczęło już oświetlać zbocza krateru, ruszyłyśmy na zdobycie ostatnich - i zarazem najbardziej stromych - 300 m wejścia na Merapi. 
Przy ognisku. Proszę zwrócić uwagę na niezwykłe uzębienie pana obok mnie (fota Kasi)
Było naprawdę lodowato... (fota Kasi)
Imbirowa kawka pod kraterem Merapi, wśród studentów szkoły wojskowej z Semarangu - bezcenne (fota Kasi)
Zaczynamy wejście na krater...
To było coś strasznego - trzy kroki do przodu, dwa do tyłu. Żwir i skałki cały czas osuwały się spod rąk i nóg. Starałyśmy się robić szybkie kroki i łapać dłońmi wszystkiego, co wyglądało na w miarę stabilnie, ale niestety większość skałek momentalnie kruszyła się w dłoniach. Im byłam wyżej, tym bardziej bałam się zejścia na dół. W końcu dotarłyśmy do brzegu krateru. Znalazłam wygodne miejsce do siedzenia, uczepiłam się stabilnej skały i sparaliżowana strachem nie ruszałam się. Ledwo weszłam, a a wystarczyło mi jedno spojrzenie w dół, żeby panicznie bać się zejścia. Tuż za plecami miałam ogromne chmury śmierdzące siarką, wydobywające się z pomiędzy skał. Odważyłam się wyciągnąć aparat i zrobić kilka zdjęć. Krater Merapi jest tak wielki, że właściwe trudno zobaczyć jego dno (szczególnie w tych chmurach), a druga strona krateru (na którą być może doszłybyśmy idąc od strony Kaliurangu) wydaje się być odległa o 2km. Sam krater ma bardzo nieregularny kształt - wcale nie jest równiutki i okrągły, jak Wezuwiusz - przypomina raczej jakieś mroczne skały Mordoru z Władcy Pierścieni. 




Za nami przepaść do krateru
Stromy widok w dół
Chmury z krateru
Brudna, zmęczona, zadowolona :)
Po krótkim odpoczynku na krawędzi krateru, kiedy strach już trochę opadł, na chwilę pojawiła się duma ("a jednak się udało!") i absolutny zachwyt nad wszystkim dookoła. Ale przed nami była jeszcze droga powrotna - nie mniej męcząca niż podejście na górę.... Podpatrzyłyśmy, jaką techniką schodzą Indonezyjczycy i zrobiłyśmy dokładnie to samo. Zejście z krateru przypominało schodzenie z przykrytego puszystym śniegiem stoku - łatwo się poślizgnąć, łatwo wywrócić, trzeba iść mocno na piętach. Tu śniegu nie było, ale był bardzo puszysty piach. Kilka sekund później, z butami pełnymi kamyczków, cała w pyle wulkanicznym, uśmiechnięta od ucha do ucha, sunęłam szybko w dół. A potem jeszcze prawie 3h nieco spokojniejszego zejścia, w prażącym porannym słońcu i coraz cieplejszym wietrze...
Trochę stromo...
...trochę się pyli... (fota Kasi)
...w butach pełno kamieni...
...ale jest OK :D (fota Kasi)
Kasia i Dorota, po zejściu z krateru (przed nami jeszcze prawie 3h w dół)
Za mną wulkan Merbabau (tydzień przed naszym wyjściem na Merapi, na Merbabau były wielkie pożary lasu)
Ziemia u podnóża Merapi porozrywana kanionami
Schodzimy niżej... (fota Kasi)
...i niżej... (fota Kasi)
...i niżej... (fota Kasi)
....aż w końcu jesteśmy znowu w Selo (fota Kasi)
Brudne, zmęczone, z butami pełnymi kamieni, z nogami poobijanymi przez liczne upadki dotarłyśmy z powrotem do Selo. Chciałyśmy jak najszybciej zorientować się w możliwościach powrotu do Yogyi. Nie miałyśmy dużego wyboru. Bezpośredniego połączenia nie ma. Pan w biurze informacji turystycznej zaproponował nam wynajęcie auta za 250 000 rph, ale nasze fundusze już na taki luksus nie pozwalały. Drugą opcją był przejazd z trzema przesiadkami na wschód i dalej na południe do naszego miasta, ale pan nie był w stanie powiedzieć, w jakim czasie przyjedzie busik jadący w tamtym kierunku (była możliwość, że nie przyjedzie wcale). Trzecia możliwość właśnie w tym momencie podjechała na skrzyżowanie - maleńki lokalny busik, kompletnie zdezelowany, ale wciąż na chodzie, jadący na zachód, do miejscowości Boyolali, gdzie miałyśmy się przesiąść w autokar do Solo (Surakarta), a tam w kolejny autokar do Yogyi. Po zakończeniu przygody "Merapi Climbing" rozpoczęła się zatem przygoda: "powrót do domu okrężną drogą, przez wioski Jawy Centralnej w wariackich autobusach".


Busik "nówka-sztuka"


Na jednym z przystanków
Państwo do nas?
Oczywiście próbowano nas naciągnąć na wyższą cenę biletów, ale nie dałyśmy się wrobić :) Pierwszy autobus wyglądał jakby ostatnich 30 lat leżał na złomowisku, pasażerowie wnosili do środka dosłownie wszystko: poczynając od kilku wielkich kanistrów z benzyną, przez metrowej wysokości kosze wypełnione pieczonymi kurczakami, aż po dwumetrowe worki z chrupkami. Kontroler biletów odpalał kolejnego papierosa od poprzedniego, a na przystanku podkładał kamień pod tylne koło (taka surwiwalowa wersja hamulca ręcznego). Drugi autobus był już troszkę lepszy, ale trzeci znowu koszmarny. Było w nim piekielnie gorąco, ciasno, kontroler biletów bez przerwy wydzierał się, żeby z odpowiednim wyprzedzeniem zakomunikować wszystkim pasażerom, do jakiego przystanku się zbliżamy, a jaki będzie kolejny. Przy tym wydzieraniu się, dzwonił jeszcze jakąś pałeczką w poręcz, żeby na pewno KAŻDY go dobrze usłyszał. Co przystanek wsiadał też nowy grajek z mini-gitarką i do znudzenia (a właściwie do następnego przystanku) brzdąkał i zawodził. Przy naszym całkowitym zmęczeniu było to cudownie dobijające. 

Po kilku godzinach w końcu dotarłyśmy do domu. Podczas tej wycieczki osiągnęłam równocześnie maksima: bycia całkowicie brudną, spoconą, przerażoną (na kraterze), zmęczoną, niewyspaną, głodną i bardzo z siebie zadowoloną :) Bo jednak wejście na Merapi to było coś :)