sobota, 26 listopada 2011

Po szkole. Część 2: Sport

Na początku miałam wrażenie, że Indonezyjczycy w ogóle się nie ruszają. To znaczy ruszają, ale wszędzie na motorkach, nie piechotą, nie biegiem, nie na rowerach. Wydawało mi się, że nie uprawiają żadnych sportów. Okazało się, że tutaj "dniem sportu" jest niedziela, szczególnie rano. Pewnej niedzieli przejeżdżałam koło stadionu sportowego, a tam tłumy! Biegają, ćwiczą, grają w siatkówkę, w badmintona. Grupy rowerzystów liczące po kilkadziesiąt osób zajmują całą szerokość ulicy. Lokalna "Masa Krytyczna" :) I to wszystko w niedzielę rano, baaaaardzo rano... Zaczynają pewnie koło 4-5 i  7 już kończą, co w tym klimacie jest zupełnie zrozumiałe. Ale dla mnie to za wcześnie ;) 

Prawie każdy uniwerek w mieście ma swój basen otwarty. UAD niestety nie ma swojej pływali, ale na północy miasta można popływać na UNY. Póki co byłam raz, ale myślę, że na tym się nie skończy. Zastanawiałam się wcześniej, czy muzułmanki na basen też chodzą pozakrywane od kostek do nadgarstków i okazuje się, że tak. Jest kilka "stopni rozebrania":
- kostium kąpielowy w wersji europejskiej - tak pływamy tylko my, co budzi pewne zdziwienie i zainteresowanie, ale nie wiąże się z żadnymi nieprzyjemnościami;
- zabudowany kostium z krótkim rękawkiem i krótkimi nogawkami - tak ubrane pływają mniej ortodoksyjne muzułmanki, albo chrześcijanki;
- to, co powyżej, ale wersji ubraniowej - zwykłe szorty i zwykły t-shirt;
- kombinezon zakrywający całe ciało i welon na włosy - wszystko raczej luźne, bo nie powinno się nosić obcisłych strojów.

Dotyczy to oczywiście kobiet (niezależnie od wieku), mężczyźni pływają w szortach. 

Na myśl o indonezyjskim basenie wyobrażałam sobie straszny syf i byłam bardzo zaskoczona, że standard jest naprawdę OK :) Mają nawet czteropoziomową wieżę do skoków z basenem o głębokości 8 metrów.

Wczoraj po raz pierwszy poszłam na zajęcia jogi w klubie fitness, który mam 15 min od domu. Nigdy wcześniej go nie zauważyłam, chociaż chodziłam tą ulicą nie raz. Lekcja była fantastyczna :) Świetnie wyszkolona instruktorka poleciła mi jeszcze kilka innych miejsc w mieście, w których joga jest praktykowana oraz wspomniała o kilku szkołach w kraju kształcących trenerów jogi. Kursy oczywiście 3-4 razy tańsze niż w Polsce, więc może kiedyś przyjadę tu jeszcze raz, na sam kurs :) 

Na basen i siłownię można też iść do dobrego hotelu, co chyba dziś zrobię. Nie jest to tak tanie, jak moja wczorajsza lekcja jogi (za niecałe 6zł!), ale nadal tanie :) 

Samemu można trafić do takich miejsc tylko przypadkiem, a jedynym źródłem informacji są Indonezyjczycy. Taka kultura - musisz znać kogoś, kto zna fajne miejsce, bo w Internecie tego miejsca na pewno nie znajdziesz. Nawet większość hoteli nie ma swoich stron. Bardzo się cieszę, że udaje mi się odnaleźć tu takie miejsca, brakowało mi sportu. Bieganie po ulicach i jazda na rowerze w ciągu dnia nie wchodzą w grę. Jest zbyt gorąco, nie ma chodników, nie ma parków, ulice są tłoczne i głośne, a powietrze zatrute przez spaliny motorów - żadna przyjemność biegać w takich warunkach. A roweru nie mam. Kupiłam skakankę i skaczę w salonie :) A teraz będę jeszcze chodzić na jogę :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz