niedziela, 30 października 2011

Chińskie wróżby i Borobudur

Już jakiś czas temu umówiłyśmy się (Kasia, Ela i ja) z naszą nauczycielką Kiki (rok starsza ode mnie, przesympatyczna i bardzo dobrze mówi po angielsku), że pojedziemy wszystkie razem do tysiącletniej buddystycznej świątyni Borobudur, która jest największą atrakcją Centralnej Jawy. Kiki przy okazji zaprosiła nas w odwiedziny do swoich rodziców, którzy mieszkają niedaleko. W sobotę po południu spotkałyśmy się na Terminal Jombor - zajezdni autobusowej na północy miasta. Tam złapałyśmy busa jadącego w kierunku Magelangu. W autobusie, jak to w autobusie: duszno, gorąco, tłoczno. Przed odjazdem, przez sam środek autobusu standardowy przemarsz handlarzy wszystkiego, co może się przydać w podróży (od słonych orzeszków i pączków, po okulary przeciwsłoneczne i portfele), a zaraz po odjeździe koncert grajka, zawodzącego aż do kolejnego przystanku. Po prawie 1,5 godziny jazdy dotarłyśmy pod dom rodzinny Kiki. Poszłyśmy przywitać się z jej rodzicami, którzy poczęstowali nas smażonymi bananami i musem bananowym gotowanym w liściach palmowych. Zastaw pytań, jak wszędzie: jak masz na imię? skąd jesteś? co robisz w Indonezji? czy masz już męża/chłopaka? Każda odpowiedź wywołuje wykle salwy śmiechu, nie wiem czemu, więc myślę na usprawiedliwienie: "różnice kulturowe". 


Z Kiki i jej rodzicami


Potem Kiki zabrała nas do najbliższej świątyni: Hok An Kiong - świątynia Tri Dharma, czyli "trzech wyznań" - Konfucjonizm, Buddyzm i Taoizm. Nie jest to miejsce przeznaczone dla turystów, ale Kiki zagadała z opiekunem świątyni, żeby nam co nieco poopowiadał. Musiałyśmy poczekać, aż mężczyzna modlący się przy jednym z ołtarzy skończy modlitwę i dopiero mogłyśmy wejść do środka. Od tej pory nie wolno nam było robić zdjęć, czego bardzo żałuję, bo kilkanaście maleńkich ołtarzyków robiło wrażenie: złocone chiński znaki na purpurowym tle, figurki bóstw, smoków i innych zwierząt. W środku pachniało kadzidłami, na ołtarzach, w szklanych kielichach pływały świece w kształcie kwiatu lotosu. 




Pod jednym z większych ołtarzy (na wprost wejścia) leżał kamienny, malowany tygrys - strażnik ołtarza. Przypomniało mi się wtedy, że mój znak zodiaku w kalendarzu chińskim to właśnie tygrys, o czym powiedziałam staruszkowi, który nas oprowadzał. Ten się na chwilę zamyślił, zapytał o moją datę urodzenia, imię i zaczął opowiadać o tym, jaki mam charakter, jakie relacje z bliskimi, jakimi zasadami się kieruję w życiu, co mi dolega i na co powinnam uważać. Były też wróżby bardziej osobiste i sercowe, ale te zachowam dla siebie ;) Stałyśmy z dziewczynami, jak otępiałe. Gapiłyśmy się na podpierającego się laską starego Chińczyka, mówiącego po indonezyjsku, jak na malowane wrota. A on mówił dalej, trochę jak w jakimś transie. Kiki nam wszystko tłumaczyła. Potem powróżył też Kasi i Eli. A potem, jakby nigdy nic, kontynuował oprowadzanie po świątyni. Na koniec stanęliśmy przed ołtarzem bóstwa, o którym powiedział: "protector" - pomaga ludziom podjąć właściwe decyzje i opiekuje się nimi, gdy są w nowej sytuacji, w podróży, albo mają kłopoty. Postanowiłyśmy temu właśnie zapalić po kadzidełku. Przed wyjściem, każda z nas dostała kilka "modlitewników" - po chińsku i indonezyjsku, więc będzie z nich mały pożytek, ale nie wypadało odmawiać.

Nigdzie nie widziałyśmy żadnej puszki na datki, stary Chińczyk też o żadne pieniądze nie prosił, a jednak chciałyśmy się jemu odwdzięczyć, za oprowadzenie po świątyni i wróżby, więc przy pożegnaniu Ela wsunęła mu w dłoń kilka banknotów. Po powrocie do domu Kiki i zjedzeniu kolacji, uduchowione i podekscytowane jeszcze długo analizowałyśmy nasze wróżby i ich znaczenie. 

Następnego dnia rano Kiki zapakowała nas do auta i pojechałyśmy do Borobudur. Zaparkowałyśmy przy bocznym wejściu, które jest całkiem puste, w porównaniu z głównym wejściem. Zwiedzanie w towarzystwie Jawajczyków jest znacznie łątwiejsze :) Dostałyśmy chusty do przewiązania w pasie i ruszyłyśmy w kierunku świątyni. Było jeszcze przed 9, a już żar lał się z nieba. Borobudur zbudowane jest z bloków skał wulkanicznych, połączonych ze sobą beż żadnych spoin. Cała budowla zawiera pod sobą małe wzgórze, które daje stabilizację tej wielkiej konstrukcji. Gdyby spojrzeć na Borobudur od góry widać, że jest to pewnego rodzaju mandala, którą kiedyś przechodzili medytujący pielgrzymi. Pięć dolnych tarsów zbudowano na planie kwadratu. Wyżej są trzy tarasy na planie koła. Na każdym z nich umieszczone są wielkie stupy (podobno to odwrócone kwiaty lotosu), a w środku każdej stupy siedzi posąg Buddy. Całość wieńczy największa stupa. 

W czasach swojej świetności było to miejsce pielgrzymek wiernych z Indii, Chin i Indochin. Pielgrzymi zaczynali modlitwy w świątyni Mendut znajdującej się 3,5km na wschód od Borobudur. Później schodzili w dół, do koryta rzeki Sungai Elo, przeprawiali się przez nią wpław, wchodzili na kolejne wzgórze, znowu w dół - do koryta rzeki Sungai Progo i w górę do kolejnej małej świątyni - Pawon. W jej okolicy odpoczywali przed ostatnim odcinkiem pielgrzymki. Po przejściu 1,5 km docierali do Borobudur, w którym około 6 godzin wędrowali po kolejnych tarasach świątyni. Oglądali tam reliefy - wykute w ścianach sceny z życia Buddy, przypowieści tłumaczące karmę i buddystyczną koncepcję świata, jako ciąg związków przyczynowo-skutkowych. Wchodząc na kolejne tarasy świątyni, pielgrzymi doznawali stopniowego oświecenia i uduchowienia. Dochodząc do najwyższej stupy mieli być już wprawieni w stan nirwany. 


Candi Mendut
Candi Pawon
Handlarki ze straganów z rękodziełem
Kupujemy pacynki (wayang golek) ubrane w batik. Na Jawie Centralnej dużo jest teatrów pacynkowych.
Candi Borobudur
U stóp Borobudur
Reliefy z życia Buddy. Podczas zeszłorocznego wybuchu Merapi Borobudur zostało przysypane pyłem wulkanicznym - tu widać ślady siarki
Prace restauracyjne. Te wzorki są jak wcięcia w puzzlach - każdy kamień ma trafić w to samo miejsce. Kamienie wbijane są drewnianym młotem (metalowy mógłby zniszczyć strukturę kamienia). Pod spodem kamienie ułożone są rzadziej - to system odprowadzający wodę.
Kamienne stupy

Relify. Kamienie były układane bez spoiwa między nimi.
Widok na góry
W każdej stupie siedzi taki Budda. Posągi są prawie identyczne, różnią się tylko ustawieniem dłoni (czyli mudrą). Jest przesąd mówiący, że jeśli uda się przełożyć ramię przez otwór stupy (ten w kształcie diamentu lub kwadratu) i dotknąć dłoni Buddy to przyniesie szczęście :) Próbowałam, to wcale nie jest łatwe :)



My chodziłysmy po Borobudur znacznie krócej, może dlatego nie osiągnęłyśmy ani oświecenia ani nirwany. Ale jeszcze wszystko przed nami :) 


W drodze powrotnej odwiedziłyśmy jeszcze dziadków Kiki, mieszkających na wsi, potem wróciłyśmy do jej rodziców, żeby zjeść obiad i podziękować im za gościnę. Chwilę później siedziałyśmy wciśnięte w autobus relacji Semarang-Yogyakarta i w ulewnym deszczu wracałyśmy do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz