Trzy dni na Bali zleciały w oka mgnieniu.
W piątek po południu zapakowałyśmy się do autokaru "klas super exekutif" jadącego z Yogyi do Denpasar. Podróż trwała 20h, autokar był całkiem spoko, poza naszymi miejscami - w pobliżu kibelka i na samym końcu, gdzie fotele nie rozkładały się do tyłu :( Ale byłyśmy twarde i jakoś przetrwałyśmy. Dotarłyśmy do Denpasar koło południa - prysznic, obiad i drzemka. Dowiedziałyśmy się, że w wiosce Bangli w nocy ma być ceremonia Calon Arang - tańce w świątyni hinduistycznej, przy muzyce gamelanowej, zakończone tańcem transowym kilku osób, na które zstępują duchy. Poszukałyśmy wśród sąsiadów kogoś z samochodem, kto chciałby dorobić i nas tam zawieźć i przywieźć, kiedy ceremonia się zakończy. Znalazł się jeden miły Balijczyk, który nas tam zabrał. Było bardzo dużo ludzi, elegancko ubranych, wszyscy w sarongach, haftowanych koszulach. Na początku tańczył wielki lew, animowany przez dwóch tancerzy, potem zespół kobiet, później było jeszcze kilka innych występów tancerzy w maskach, a na końcu kilku mężczyzn i jedna kobieta wpadli w trans. Inni ich przytrzymywali, bo zachowywali się dosyć szaleńczo. Zostali wprowadzeni do świątyni, a tam kapłan dał im do wypicia święconą wodę, żeby powrócili do świadomości. W międzyczasie zwiedziłyśmy świątynię w towarzystwie jej opiekuna i poznałyśmy szefa wioski :) Cała ceremonia (na której byłyśmy jedynymi turystkami) skończyła się po 2 w nocy.
W sobotę od rana lało, jak już przestało pojechałyśmy zamówionymi wcześniej skuterami do Ulu Watu na samym południowym krańcu Bali. Tam na klifie nad oceanem jest wielka świątynia, a w niej dziesiątki małych małpek. Przed wejściem na teren świątyni wisi zalecenie, żeby zdjąć okulary, kolczyki, bransoletki i nie trzymać nic w dłoniach, bo małpki mogą wszystko wyrwać. I to prawda - widziałam, jak kilka kradło małym dzieciom klapki, a Eli jedna wyciągnęła z ucha kolczyk - to była błyskawiczna akcja! Na szczęście dobrze się skończyła - nagle pojawiła się pani z fragmentem koronki, który małpka wzięła do pyszczka, a w koronkę wplątał się kolczyk i wszystko spadło na ziemię.
Później pojechałyśmy do surferskiej zatoki obejrzeć przepiękny zachód słońca. W drodze powrotnej do Denpasar lało potwornie, dojechałyśmy całkiem przemoczone, ale zadowolone - bo Bali zostało odczarowane :) Po drodze widziałyśmy wiele pięknych świątyń, pól ryżowych i palmowych zagajników.
Co się działo wczoraj (a działo się sporo: walki kogutów, tańce balijskie, teatr i wizyta w domu artysty-naciągacza) oraz dziś (wycieczka do kolejnej świątyni i kontrola policji- zakończona szczęśliwie :D ) opiszę później, bo właśnie wychodzimy na autokar, którym (na przemian z promem) dotrzemy do Labuanbajo na Flores :)
Super Krysiu, fantastyczny blog, a my tęsknimy. Ciocia Tereska
OdpowiedzUsuń