OK, czas się przyznać - 2 tygodnie temu, kiedy miałam kilka dni wolnego od szkoły, byłam na Bali :) To była bardzo spontaniczna wycieczka w składzie Ela i ja. Najpierw miałyśmy jechać na Karimunjawa Islands, ale nie uzbierała się odpowiednio duża grupa w biurze podróży organizującym taki wypad. Szkoda nam było siedzieć w mieście, więc próbowałyśmy opracować alternatywny plan. Sprawdziłyśmy loty z Yogyi we wszystkich możliwych kierunkach i okazało się, że najtańsze są przeloty na Bali. Nie namyślając się zbyt wiele postanowiłyśmy: lecimy na Bali. Bilety kupiłyśmy w biurze Lion Air na lotnisku ("straszny" Lion Air, znajdujący się na czarnej liście UE, niczym nie różni się od tanich linii z Europy), tuż przed naszym lotem. Na Bali dotarłyśmy przed północą i z przewodnikiem w ręku radośnie ruszyłyśmy piechotą w stronę miasta. Taksówki z lotniska nie chciałyśmy brać, bo są droższe niż te złapane gdzieś na drodze, ale złapanie taksówki o tak późnej porze nie było łatwą sprawą. W końcu wypatrzyłyśmy charakterystyczne błękitne auto (największa korporacja taksówek w Indo to Blue Bird), podałyśmy kierowcy adres Poppies Gang i jazda. Poppies Gang, odchodząca od Jl Kuta Beach to centrum tanich hotelików w Kucie - miejscowości położonej najbliżej lotniska, z bardzo znaną plażą, na której odbywa się wiele zawodów surfingowych. Sama Kuta słynie z tego, że jest mekką imprezowiczów i tak naprawdę z pozostałą częścią Bali niewiele ma wspólnego. Jeszcze nie wiem, czy to prawda, bo nie ruszałyśmy się poza Kutę i leżące powyżej niej dwie miejscowości. Północną i środkową część Bali chcemy zwiedzić w grudniu, w drodze na Lombok.
Taksówką jechałyśmy przez okolicę tak niesamowicie oświetlonych, ekskluzywnych i eleganckich hoteli, jakich nie widziałam nigdzie indziej. Gdzieś między nimi, trochę dalej od oceanu, była sieć małych alejek (Gang) z ukrytymi małymi hotelami i knajpkami. Krążyłyśmy po Poppies Gang do 2 w nocy, żeby znaleźć coś w cenie podanej w przewodniku. Niestety okazało się, że niskie ceny, które podają autorzy Lonely Planet można wytargować zostając w hotelu na miesiąc, a nie jedną-dwie noce. To tak ku przestrodze na przyszłość - warto cenę z przewodnika pomnożyć razy dwa i od tego rozpocząć poszukiwania.
Zaczęło padać, byłyśmy przemoczone, zmęczone i odpuściłyśmy szukanie, kiedy uznałyśmy "taniej już nie będzie". Nasz pokój miał wielkie dwuosobowe łóżko, wielki wiatrak na suficie i wielkiego martwego karalucha na podłodze w łazience. Okno pokoju wychodziło na korytarz, w łazience nie było światła, ale był za to bród. Poziom zmęczenia był już tak wielki, że było nam wszystko jedno.
Nietypowo moskitierę rozłożyłyśmy na łóżku, zamiast rozwiesić nad nim. Miała to być ochrona przed pluskwami. Spałyśmy też przy zapalonym świetle, bo pluskwy wychodzą po ciemku. Nasza przygoda z "rajskim Bali", zaczynała się zupełnie nierajsko.
Rano ubrałyśmy się w krótkie spodenki (w Yogyi to się nie zdarza), poszłyśmy na przepyszne śniadanie (omlet z krewetkami - knajp z owocami morza było mnóstwo), wymeldowałyśmy się z hotelu i z plecakami ruszyłyśmy w miasto. Jedyny "zabytek" w Kucie to Memorial Wall - upamiętniające pierwszy zamach bombowy z października 2002 roku. Zginęło wówczas ponad 200 osób (ich nazwiska wypisane są na wielkiej ścianie), a ponad drugie tyle zostało rannych. Miejsce po wysadzonej restauracji nadal jest puste.
 |
| Memorial Wall |
 |
| W kupie raźniej ;) |
 |
| "pret-a-porter" jesień/zima 2011 |
 |
| Sklep z deskami do surfingu. "For sale. Don't massage". W Kucie najwięcej jest salonów masażu i wypożyczalni desek. |
 |
| Masaż można sobie zafundować na plaży. Takich samozwańczych masażystek jest od groma. Tutaj jedna masuje głowę, druga plecy, a trzecia robi peeling stóp szczęśliwej turystce. Po prawej sprzedawcy bransoletek i napojów, łażący za turystami krok w krok, przysiadający się do nich i dający spokój dopiero po dokonaniu jakiegoś zakupu. |
 |
| Słynna plaża w Kucie |
 |
| Na spokojnej plaży w Seminyaku |
Potem odbiłyśmy w stronę plaży i rozpoczęłyśmy marsz na północ. Było bardzo gorąco, więc po godzinnym spacerze rozłożyłyśmy się na piasku i na przemian chodziłyśmy skakać przez fale. I to było piękne :) "Początek listopada, a ja prażę się na słońcu i pływam w ciepłym oceanie, a więc jednak jestem w raju" pomyślałam. Wisiało nad nami znalezienie kolejnego miejsca na nocleg, a nie chciałyśmy znowu szukać po ciemku, więc wcześnie zawinęłyśmy się z plaży. Poszłyśmy na obiad, a potem, znowu w deszczu, zaglądałyśmy do małych hotelików. W miejscowości Legian znalazłyśmy hotel w tej samej cenie, co w Kucie, ale: z wejściem przez mini ogródek, klimatyzacją, łazienką z ciepłą wodą (już zdążyłam zapomnieć, jak cudownie jest wykąpać się w ciepłej wodzie) i bez robaków :) U właściciela hotelu kupiłyśmy po małym piwku i posiedziałyśmy chwilę na bambusowych fotelach przed wejściem do pokoju. Bardzo miło :) Obok hotelu był warung z całkiem przyzwoitymi cenami oraz z pijanym Australijczykiem i równie pijaną Hinduską, którzy bardzo nas namawiali, żebyśmy właśnie tam zjadły. Pogadałyśmy z nimi chwilę, a potem przegadałyśmy resztę wieczoru z dwoma Francuzami podróżującymi po Azji. Szefowa warunga co chwilę donosiła nam nowe piwo, ciągle stawiane przez Australijczyka. Właściciele już zamykali, kiedy właśnie lunął deszcz, więc szybko uciekałyśmy do naszego hotelu. Tym razem spałyśmy przy zgaszonym świetle i jak normalni ludzie pod moskitierą, a nie na niej ;)
 |
| Po plażowaniu czas na obiad. Kapelusz kupiony za 40 tys. rupii, cena wyjściowa to 120 tys. rupii (jestem coraz lepsza w targowaniu) :) |
 |
| Podarki dla duszków, każdego poranka wystawiane przed domy, restauracje, świątynie, hotele |
 |
| Większość małych uliczek wciśnięta jest między wysokie mury, przez co ma się wrażenie spacerowania po labiryncie :) |
 |
| Mini ogródek przez naszym pokojem |
 |
| Misterna konstrukcja z moskitier |
Kolejnego dnia od rana kropiło, miałyśmy plan iść plażą, jak najdalej na północ, ale szybko nam się odechciało. Co mniej więcej 200m, od strony ulicy prosto do morza uchodziły odpływy kanalizacji przeciw burzowej. Do oceanu wpadało wszystko, co tylko nocna ulewa zgarnęła z ulic - resztki jedzenia, plastikowe opakowania, mnóstwo śmieci i brudu. Wszystko to wylewało się na plażę i dalej spływało do oceanu. Wierzyć mi się nie chciało, że w tak bardzo turystycznym rejonie Indonezji jest tak strasznie brudno. Do brudu w Yogyi już przywykłam (chociaż nadal mnie denerwuje), ale TAKIEGO brudu na rajskim Bali się nie spodziewałam. Spacer przez zalaną śmieciami plażę nie był ani trochę przyjemny, więc po pewnym czasie odbiłyśmy z powrotem w głąb lądu. Byłyśmy już w kolejnej miejscowości (Seminyak). Cały czas kropiło, z plażowania nici, więc poszłyśmy na rewelacyjny obiad (robiony całkiem pod turystów, ale przez to przepyszny) i postanowiłyśmy sprawdzić to, z czego Bali słynie - tanie salony SPA :) Wybrałyśmy godzinny masaż balijski i było fantastycznie :) Potem baaaaardzo długo, spacerem przez miasto, wracałyśmy do naszego hotelu w Legianie, po drodze mijając dziesiątki bardzo ekskluzywnych butików przygotowanych na zasobne portfele turystów z Australii.
 |
| Przeczekując deszcz |
 |
| Podczas spaceru plażą w stronę północy zahaczyłyśmy o hinduistyczną świątynię Pura Petitenget |
 |
| Podarki w świątyni |
 |
| Podarki przed świątynią. Jest tam nawet papieros - niech sobie duszek zapali ;) |
 |
| Brudna plaża po całonocnej burzy |
 |
| Komu się marzy wesele przy plaży? |
 |
| Ela skusiła się na fish SPA, czyli rybkowy pedikur |
 |
| Czekając na masażystkę |
We wtorek po śniadaniu przetestowałyśmy kolejne SPA. Tym razem wybrałyśmy masaż gorącymi kamieniami. Potem zafundowałyśmy sobie jeszcze zabiegi pielęgnacyjne na twarz i na stopy i zmusiłyśmy się do wyjścia, żeby nie zostawić tam reszty naszego funduszu wyjazdowego. Już szłyśmy na plażę, kiedy znowu się rozpadało. Pół dnia przesiedziałyśmy w najbliższej knajpie. Przysiadł się do nas starszy Włoch, który porzucił życie w Europie, żeby w Azji odnaleźć sens życia i spokój... A więc takich jak my, czekających na "olśnienie" i odpowiedź na pytanie "co chcę robić w życiu, jak dorosnę?" jest tu więcej ;)
Kiedy się trochę wypogodziło, ruszyłyśmy w stronę Kuty. Dotarłyśmy do miejsca, w którym pierwszego dnia jadłyśmy śniadanie i tam postanowiłyśmy siedzieć do oporu - znowu się rozpadało, a my nie miałyśmy noclegu na ostatnią noc. Samolot powrotny miał być w środę o 6 rano, więc plan wstępny brzmiał "noc na plaży". Ze względu na pogodę, wdrożyłyśmy w życie plan awaryjny "noc w knajpie". Usiadłyśmy do obiadu koło 17, od stolika wstałyśmy o 0:30, kiedy zamykali lokal. Przez cały ten czas, kiedy tak strasznie lało, po drugiej stronie ulicy siedział pod daszkiem małego sklepu uśmiechnięty chłopak, popijający piwko. Przysiadłyśmy się do niego. Chciałyśmy tylko na chwilę (a potem ruszyć piechotą na lotnisko), ale siedziałyśmy ponad 3 godziny. Mike jest Kanadyjczykiem i od dwóch lat przemierza świat na rowerze. Zapakowany jest w sakwy, gdzie się da śpi w namiocie, zjechał Europę, Bliski Wschód, Azję Centralną, Chiny, Azję Pd.-Wsch. Kuta była jego ostatnim przystankiem przed lotem do Australii, gdzie zamierzał jeździć przez kolejne miesiące. Niesamowity gość, a jego opowieści (o tym jak ledwo przeżył dengę na Sumatrze, jak go okradziono w Uzbekistanie czy Kazachstanie i o tym, że Iran jest najcudowniejszym miejscem, jakie do tej pory widział) zapierające dech. Jakby ktoś miał ochotę poczytać więcej (warto!): mikeonbike.wordpress.com Spotykając takich ludzi myślę sobie, że mój wyjazd to pikuś, a miejsc na świecie, do których chcę jeszcze pojechać - miliony.
 |
| Naszyjniki z muszli |
 |
| Jl Kuta Beach |
 |
| "Siedzimy... nic się nie dzieje... czekamy" cytując Macieja Sthura |
 |
| Za oknem leje, a na ławce pod sklepem siedzi Mike |
 |
| Leje coraz mocniej |
 |
| Ciężarna kotka biegająca po knajpie i znudzona Ela ;) |
W środku nocy złapałyśmy taksę na lotnisko. Kierowca zawiózł nas okrężną drogą, co nas mocno podirytowało, ale już nie miałyśmy siły się z nim kłócić. Samolot wystartował bez opóźnienia, za to po godzinie lotu, kiedy już mieliśmy lądować, usłyszeliśmy, że ze względu na burzę w Yogyi samolot zawróci i wyląduje w Surabayi. Pięknie, ciekawe co potem? Pociąg? Autokar? Z Surabayi do Yogyi jedzie się ok. 10 godzin. Na szczęście na lotnisku przeczekaliśmy aż burza przejdzie i z 3-godzinnym opóźnieniem dolecieliśmy do Yogyi. Resztę dnia odsypiałam.
Podsumowanie Bali? Za mało widziałam, żeby cokolwiek podsumowywać, ale to co widziałam mnie zaskoczyło. Miała być plaża i drinki z palemką, a był głównie deszcz, ale też wiele ciekawych osób spotkanych po drodze. Okolica Kuty to totalna komercja, wielki bazar wszelkiego rodzaju badziewia, orientacja 100% na turystów, irytujący naganiacze ("yes, shopping"; "yes, massage"; "yes, transport"; "yes, pedicure"; "yes, boyfriend for one night"; "yes, very cheap"; "yes, buy one" - nie wiem, co oni mają z tym "yes" na początku każdego zawołania, ale ja miałam ochotę ciągle mówić "NO!"), brudna plaża i brudne ulice. Okolice Legianu i Seminyaka są już o niebo lepsze, ale wciąż nie oczarowują. Dobre było jedzenie, możliwość chodzenia w krótkich spodenkach i wykąpania się w końcu w oceanie, super masaże i piękny zapach kadzidełek unoszący się z ustawianych przez Balijczyków WSZĘDZIE i CODZIENNIE małych podarków składanych w hołdzie dobrym duszkom i dla uspokojenia złych duchów :)