piątek, 30 grudnia 2011

W Ende, czyli na koncu swiata

Jestem teraz w Ende - malym miescie portowym na poludniu Flores. Dzis o swicie cala grupa bylismy na Kelimutu - wulkanie z trzema jeziorami - kazde w innym kolorze: jedno turkusowe, jedno czarne, a jedno akurat dzis bylo blekitne - zmienia kolory od pamaranczowo-brazowego, przez czerwone, zielonkawe, niebieskie po czarne - zmiany sa nieprzewidywalne, ale w jakims stopniu zalezne od pory roku, pory dnia, opadow. Nie wiadomo dlaczego tak sie dzieje - prowadzone sa rozne badania, ale nie odkryto jeszcze przyczyny. Dlatego dla miejscowych caly czas jest to swiete miejsce. Ludzie wierza, ze do jezior trafiaja dusze zmarlych. Do jednego z nich dusze dzieci i osob niewinnych, do drugiego starych, ktorzy zmarli smiercia naturalna, a do trzeciego dusze ludzi chorych, nawiedzonych, czarownic i wariatow. Samo Ende nie jest ciekawe - ot, miasteczko jakich tysiace w Indonezji - brudne, glosne, w ktorym centralnym miejscem jest targ warzyw i ryb. Kupilam dzis na nim wielka kisc bananow, zeby miec co jesc jutro na promie, ktorym zamierzamy poplynac na Sumbe. Nie jest to jeszcze do konca pewne (jak wszystko w Indonezji), bo ani nie jestesmy do konca pewni, czy chcemy tam plynac, ani nie jestemy pewni, czy bedzie czym :) Z promami roznie bywa :)

Na Flores jestesmy od mniej wiecej tygodnia. Dotarcie tutaj nie bylo latwe. Przygody zaczely sie jeszcze w Denpasar. Ale po kolei...

Nasza grupa troche sie rozrosla - uzbieralo sie nas 10 osob chetnych do wspolnej podrozy: 9 dziewczyn i jeden chlopak - wszyscy z Polski. Kupilismy w Denpasar bilety "klas super eksekutif" do Labanbajo na kombinowana podroz droga wodno-ladowa, czyli: autokar do Benoa (port na Bali) + prom na Lombok + autokar przez Lombok + prom na Sumbawe + autokar przez Sumbawe + prom na Flores. I to wszystko mialo trwac okolo 35h. Trwalo znacznie dluzej i bylo jeszcze bardziej skomplikowane...

Na terminalu autobusowym stawilismy sie punktualnie o 3, godzine przed odjazdem naszego autokaru, ktory przyjechal z Jakarty spozniony ponad 3h i na dodatek pelny! Pan z biura turystycznego, ktore nam sprzedalo bilety, goraczkowo zaczal przesadzac w srodku Indonezyjczykow, zeby zrobic dla nas miejsce. Pousadzal po trzech na dwoch miejscach, niektorych wcisnal na plastikowe stoleczki w korytarzyku, powiedzial, ze jest magikiem i miejsca dla nas juz sa. Bylismy wsciekli, ze nas oszukal (bo bynajmniej rozklekotany, smierdzacy autokar to nie byla "klas super eksekutif") i wsciekli, ze tak potraktowal innych wspolpasazerow... Mielismy do wyboru: zostac w Denpasar z Indonezyjczykami, ktorym nie udalo sie zapakowac do srodka, albo pojechac... No i pojechalismy. Chociaz z wyrzutami sumienia, ze przez oszusta lapczywego na pieniadze turystow, kilku Indonezyjczykow nie dotrze do domu na Swieta...

Kolejna niespodzianke mielismy na Sumbawie. Mielismy dojechac do portu w Sape, tymczasem w Bimie (50km wczesniej) przesadzono nas do zdezelowanego lokalnego bemo (mini busik), w ktorym siedzi sie z kolanami prawie pod broda. Dojechalismy do Sape, a tam znowu niespodzianka. Wysiedlismy z busu w porcie. Zaraz obskoczyl nas tlum ciekawskich z aparatami i "mister, mister, hotel? transport?". Dowiedzielismy sie, ze jest strajk i od dwoch dni port pasazerski jest zamkniety - zadne promy nie wplywaja, ani nie wyplywaja. Atmosfera byla dosyc napieta. Mieszkancy Sumbawy tradycyjnie nosza przy sobie maczety, wlozone w skorzane pokrowce, zawieszone na plecach. Wiedzielismy o tym wczesniej, a jednak tlum strajkujacych mezczyzn wyposazonych w maczety sprawial nieprzyjemne wrazenie. Wszyscy wygladali na zdenerwowanych, zaniepokojonych, czekajacych nie wiadomo na co... Bylismy juz grubo ponad dobe w drodze, wiec postanowilismy znalezc jakis warung, zjesc i zasiegnac informacji o sytuacji w miescie. Policjant stojacy przy wyjsciu z portu powiedzial, zebysmy juz do niego nie wracali, bo nie jest tam dla nas bezpiecznie. Juz w pierwszym warungu spotkalismy grupe turystow, ktorzy czekali w Sape od 2 dni, az w koncu rusza promy, albo az sytuacja w miejscie sie uspokoi. Od nich dowiedzielismy sie, ze ludzie strajkuja, poniewaz kopalnia zlota, ktora jest w okolicy ma zostac sprzedana, a wielu straci przez to prace. W miescie byly juz specjalne oddzialy policji z Jakarty, ale unikaly konfrontacji i rozlewu krwi. Siedzac przy obiedzie widzielismy TLUMY ciagnace do portu - z maczetami i flagami, gotowe na spotkanie z policja. Nie mielismy za bardzo wyboru, musielismy znalezc szybko hotel i zastanowic sie, co dalej.

Ledwie weszlismy do pokojow i sie wykapalismy ludzie z tej drugiej grupki turystow powiedzieli nam, ze za chwile z portu towarowego do Labuanbajo plynie wielki kuter i moze nas ze soba zabrac. Trzeba bylo szybko podjac decyzje: albo zostajemy w Sape, w ktorym sytuacja byla bardzo niepewna, albo z innymi plyniemy kutrem rybackim. Balismy sie troche o warunki bezpieczenstwa na takim kutrze, ale jeden facet, z tej drugiej grupy, Egipcjanin, powiedzial, ze pracowal kiedys dla jakiegos armatora i zna sie na lodziach i ta wedlug niego jest bezpieczna. Inny, inzynier-konstruktor, potwierdzil, ze nie ma sie czego bac, wiec sie zdecydowalismy.

Wlasciciel hotelu nie chcial nas z niego wypuscic, bo powiedzielismy, ze zasam prysznic nie zaplacimy mu tyle, co mielismy zaplacic za dobe. W koncu otworzyl nam drzwi, ale pojechal za nami do portu, gdzie jeszcze chwile na nas wrzesczal. Zaakceptowal nasze warunki, kiedy jego koledzy zaczeli sie z niego smiac. Przeprosil nas, zaplacilismy za kuter i weszlismy na poklad. Miejsca mieslimy luksusowe: na plandekach i matach rozlozonych na sianie, w towarzystwie workow z cebula, ryzem, kilkoma kurami i kozami pod pokladem :) Ale podroz kutrem byla fantastyczna - w koncu moglismy sie wygodnie rozlozyc i zdrzemnac, odetchnac po stresujacej atmosferze Sape i miec nadzieje, ze w Labuanbajo bedzie lepiej.

Po 8h "rejsu" dotarlismy na miejsce. W sumie bylismy dwie doby w podrozy, wiec wymeczeni doczlapalismy sie do hotelu. (c.d.n.)

sobota, 24 grudnia 2011

Wesolych Swiat!

Wesolych Swiat wszystkim prosto z Ruteng na wyspie Flores, gdzie Swieta spedzamy w misji katolickiej. Mieszkamy teraz u zakonnic Santa Maria Berdukacita. Nie mielimy za bardzo Wigilii, ani swiatecznego sniadania, ale i tak jest milo :) Poszlismy z siostrami wczoraj do kosciola na pasterke - lzy wzruszenia same naplynely mi do oczu, kiedy uslyszalam Cicha Noc po indonezyjsku... Dzis spotkalismy sie z Bratem Jozefem, ktory w Indonezji jest juz ponad 40 lat. Z nim dzis troszke jezdzimy po okolicy. Jutro albo pojutrze jedziemy do Mbay do Ojca Tadeusza. Co dalej - niewiadomo :) Podrozowanie po Flores jest piekne, ale trudne = jednak to juyz jest koniec swiata. Nie mam niestety czasu, zeby napisac wiecej (o wizycie w Komodo National Park na wyspie Rinca, o calej podrozy przez Lombok i Sumbawe, o zamieszkach w Sape, o plynieciu kutrem rybackim do Labuanbajo), ale na wszystko jeszcze przyjdzie czas :) Swiateczne serdeczne pozdrowienia!!!! :*

wtorek, 20 grudnia 2011

Bali vol 2

Trzy dni na Bali zleciały w oka mgnieniu. 

W piątek po południu zapakowałyśmy się do autokaru "klas super exekutif" jadącego z Yogyi do Denpasar. Podróż trwała 20h, autokar był całkiem spoko, poza naszymi miejscami - w pobliżu kibelka i na samym końcu, gdzie fotele nie rozkładały się do tyłu :( Ale byłyśmy twarde i jakoś przetrwałyśmy. Dotarłyśmy do Denpasar koło południa - prysznic, obiad i drzemka. Dowiedziałyśmy się, że w wiosce Bangli w nocy ma być ceremonia Calon Arang - tańce w świątyni hinduistycznej, przy muzyce gamelanowej, zakończone tańcem transowym kilku osób, na które zstępują duchy. Poszukałyśmy wśród sąsiadów kogoś z samochodem, kto chciałby dorobić i nas tam zawieźć i przywieźć, kiedy ceremonia się zakończy. Znalazł się jeden miły Balijczyk, który nas tam zabrał. Było bardzo dużo ludzi, elegancko ubranych, wszyscy w sarongach, haftowanych koszulach. Na początku tańczył wielki lew, animowany przez dwóch tancerzy, potem zespół kobiet, później było jeszcze kilka innych występów tancerzy w maskach, a na końcu kilku mężczyzn i jedna kobieta wpadli w trans. Inni ich przytrzymywali, bo zachowywali się dosyć szaleńczo. Zostali wprowadzeni do świątyni, a tam kapłan dał im do wypicia święconą wodę, żeby powrócili do świadomości. W międzyczasie zwiedziłyśmy świątynię w towarzystwie jej opiekuna i poznałyśmy szefa wioski :) Cała ceremonia (na której byłyśmy jedynymi turystkami) skończyła się po 2 w nocy. 

W sobotę od rana lało, jak już przestało pojechałyśmy zamówionymi wcześniej skuterami do Ulu Watu na samym południowym krańcu Bali. Tam na klifie nad oceanem jest wielka świątynia, a w niej dziesiątki małych małpek. Przed wejściem na teren świątyni wisi zalecenie, żeby zdjąć okulary, kolczyki, bransoletki i nie trzymać nic w dłoniach, bo małpki mogą wszystko wyrwać. I to prawda - widziałam, jak kilka kradło małym dzieciom klapki, a Eli jedna wyciągnęła z ucha kolczyk - to była błyskawiczna akcja! Na szczęście dobrze się skończyła - nagle pojawiła się pani z fragmentem koronki, który małpka wzięła do pyszczka, a w koronkę wplątał się kolczyk i wszystko spadło na ziemię. 
Później pojechałyśmy do surferskiej zatoki obejrzeć przepiękny zachód słońca. W drodze powrotnej do Denpasar lało potwornie, dojechałyśmy całkiem przemoczone, ale zadowolone - bo Bali zostało odczarowane :) Po drodze widziałyśmy wiele pięknych świątyń, pól ryżowych i palmowych zagajników. 

Co się działo wczoraj (a działo się sporo: walki kogutów, tańce balijskie, teatr i wizyta w domu artysty-naciągacza) oraz dziś (wycieczka do kolejnej świątyni i kontrola policji- zakończona szczęśliwie :D ) opiszę później, bo właśnie wychodzimy na autokar, którym (na przemian z promem) dotrzemy do Labuanbajo na Flores :)

czwartek, 15 grudnia 2011

"Na wschód - tam musi być jakaś cywilizacja!"

W przypadku "Seksmisji" może i tak, w naszym przypadku może niekoniecznie, bo im dalej na wschód tym tereny mniej zaludnione. Jutro wczesnym popołudniem ruszamy (Kasia, Ela, Dorota i ja) na wschód. Planu szczegółowego nie ma. Już kilka razy przekonałam się, że w Indonezji nie bardzo można planować wycieczki. Tu się po prostu jedzie i ma nadzieję, że uda się dojechać do celu. Wiele zależy od pogody - szczególnie w porze deszczowej. Tej co prawda w Yogyi nie widać (nie leje codziennie), ale nie wiadomo, jak jest na innych wyspach. W porze deszczowej fale w niektórych rejonach oceanu są silniejsze, więc różnie bywa z promami (ich kursowanie może być zawieszone na kilka dni albo tygodni). Z pociągami i autobusami różnie bywa niezależnie od pogody. Lokalne busiki potrafią krążyć po wsiach godzinami, zanim zbierze się komplet pasażerów na dalszą podróż. Zatem nie ekscytuję się, bo nie wiem, dokąd dotrzemy i nie wiem, jak tam będzie. 

Bardzo ogólny zarys wycieczki jest taki: jutro jedziemy autobusem do Denpasar - największego miasta na Bali. Tam zostajemy 2-3 dni, śpimy u innych studentów Darmasiswy, oglądamy środkową i północną część wyspy. Następnie jedziemy (i miejscami płyniemy) z Denpasar do Labuanbajo na wyspie Flores (po drodze mijając Lombok i Sumbawę). Labuanbajo jest miejscem wypadowym na Komodo i Rincę (wyspy z parkiem narodowym słynącym jako indonezyjskie "Jurassic Park", ze względu na populację ogromnych waranów tam mieszkających), które może uda się zobaczyć. Dalej chcemy jechać w okolicę miejscowości Bajawa, gdzie znajdują się misje chrześcijańskie (również polska misja ojców werbistów) - chciałybyśmy tam dotrzeć na Święta. A potem pozwiedzać inne miejsca na Flores (szczególnie wulkan Kelimutu, w którego trzech kraterach znajdują się trzy jeziora - turkusowe, brązowe i czarne) oraz na Sumbawie i Lombok - to już w drodze powrotnej. Na koniec, jak będziemy miały jeszcze czas, pieniądze i siłę, spróbujemy zobaczyć Ijen (wulkan z kopalnią siarki) i Bromo (cały kompleks wulkanów tworzący krajobraz księżycowy) we wschodniej Jawie. 

Postaram się raportować na bieżąco postępy (albo ich brak) w naszej trasie.

Trzymajcie kciuki, proszę :)

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Kiedy nie ma ulewy...

... niebo wieczorami wygląda naprawdę zachwycająco :) Widok na trzy strony świata z naszego domu




Za tymi chmurami kryje się Merapi i Merbabu. Zazwyczaj ich wierzchołki toną w chmurach i nie widać ich wyraźnie z tarasu naszego domu. W końcu to odległość około 30km. Kilka dni temu oba szczyty było widać tak:


I jeszcze aktualizacja - 8 grudnia, super widoczność, Merapi i Merbabu w pełnej okazałości:


sobota, 3 grudnia 2011

Karimunjawa - chyba nie jest mi pisana :(

Wycieczkę na Karimunjawa Islands, 80km na północ od Jawy, planowałyśmy już od ponad miesiąca. Ciągle z jakiegoś powodu albo my nie mogłyśmy, albo agencja turystyczna odwoływała. W końcu we dwie (Ela i ja) miałyśmy jechać na ten weekend, ale się nie udało... Cała sprawa wyglądała tak:

Wyjazd z Yogyi do Semarangu (miasto portowe na północy) miał być o 3 w nocy z piątku na sobotę. W piątek byłyśmy na imprezie u indonezyjskiej koleżanki, której rodzice mają bardzo ładny kos. Postanowiłyśmy, że nie będziemy wracać do domu, a pojedziemy prosto z imprezy. Dotarłyśmy do biura podróży trochę przed 3 w nocy, zmęczone po piątku i po imprezie. Przemiła pani (Holenderka - właścicielka biura, która pare lat temu stwierdziła, że życie w Europie nie jest dla niej i przeniosła się do Yogyi, gdzie zajmuje się organizacją wycieczek i wypożyczaniem skuterów) zapakowała nas, dwie Norweżki, dwie Niemki i Niemca do busika i pożyczyła udanej wycieczki. Do Semarangu dotarliśmy przed 7 rano. Prom na Karimunjawę miał być dopiero o 9. W porcie nie było nawet gdzie przysiąść, więc czekaliśmy w busie. W międzyczasie pojawił się jakiś pan z naszymi biletami na statek. Po 8 można już było wchodzić na pokład. Mieliśmy bilety w szumnie brzmiącej klasie "eksekutif", która polegała na tym, że mieliśmy swoje siedzenia w klimatyzowanym pomieszczeniu (a nie miejsca na drewnianej ławie na odkrytym pokładzie). Obecność klimatyzacji wcale nie była plusem, szczególnie dla mnie - musiałam siedzieć zakryta kurtką przeciwdeszczową, bo przy każdym przechyle z klimy lało się na mnie niemiłosiernie. A przechyłów było dużo... I to właśnie przez nie, po 40 minutach kapitan zadecydował, że zawracamy do Semarangu. Nie mogłam w to uwierzyć. Najgorsza wersja wycieczki, jakiej się spodziewałam, to ulewny deszcz na miejscu i spędzanie czasu, jak na Bali (głównie w warungach). Fale miały ponad 2 metry i zwiększały się w miarę zbliżania się do Karimunjawy. Kapitan powiedział, że łódź by to przetrwała, ale ludzie (a właściwie ich żołądki) niekoniecznie. 

Po powrocie do portu skontaktowaliśmy się z organizatorką wycieczki. Powiedziała, że kierowca busa po nas zawróci i zabierze do Yogyi. Mieliśmy czekać 2h, czekaliśmy ponad 4h. Przesiedzieliśmy cały ten czas w obskurnym warungu. Nie mogliśmy się nigdzie ruszyć, bo nie było pewne za ile przyjedzie kierowca. Byliśmy zawiedzeni, zmęczeni i głodni (jedzenie w warungu nie zachęcało do konsumpcji), a czekał nas jeszcze powrót do Yogyi. Na szczęście ruch nie był bardzo duży, więc po około 4h byliśmy znowu pod biurem podróży. Właścicielka poinformowała nas, że wynegocjuje z kierowcą busa niższą cenę za przejazd, niż było umówione (żeby nam oddać więcej pieniędzy), a za wycieczkę odda nam wszystko, co wpłaciliśmy. 

Nie rozpaczałabym tak bardzo, gdyby nie fakt, że na Karimunjawę już pewnie nie popłynę podczas pobytu tutaj. Kiedy zaczyna się pora deszczowa na oceanie fale są coraz większe, a kursowanie promów niepewne. Armatorzy wycofują po kolei wszystkie statki pływające w tamtym kierunku i poddają je corocznej konserwacji. Nawet jeśli udałoby się popłynąć w tamtą stronę, mógłby być problem z powrotem. W zeszłym roku jakaś grupa czekała na wyspie półtora tygodnia, aż ocean był nieco spokojniejszy i jednemu z promów udało się odpłynąć. 

A na Karimunjawie miałyśmy przez 4 dni podziwiać rafę koralową podczas snorkelingu, pływać z rekinami i odwiedzić Turtle Conservatory. Do tego opychać się owocami morza, leżeć na białym piasku i pluskać się w turkusowej wodzie. No ale jak pech, to pech. Jak to mówią Indonezyjczycy: sabar (cierpliwości).