czwartek, 29 września 2011

CSI: Kulturalne zagadki Indonezji

Jest kilka rzeczy w Indonezji, których nie rozumiem, a bardzo mnie zastanawiają. Czasem jest to zachowanie ludzi, czasem coś, co zobaczę lub usłyszę. Zgodnie z zaleceniami pani, która w Jakarcie prowadziła wykład o komunikacji międzykulturowej: wszystko, czego nie rozumiem podpinam pod różnice kulturowe i akceptuję fakt ich istnienia. Może Wy macie jakieś pomysły na wyjaśnienie moich indonezyjskich zagwozdek.

1. W hotelu, w którym spałam dwie pierwsze noce w Yogyi, na suficie widniała taka intrygująca strzałeczka. Nie jest to wskazanie drogi ewakuacyjnej. 


2. Indonezyjczycy (mężczyźni) bardzo często mają jeden lub dwa paznokcie u ręki wyjątkowo dłuuuuuuugie (pozostałe normalnej długości) Nie ma znaczenia, czy jest to pan jeżdżący becakiem (rowerową taksówką), czy student z uniwersytetu w Jakarcie. 

3. Lokalni w ogóle nie noszą okularów przeciwsłonecznych! Słońce jest bardzo ostre i gorące, a nie widziałam jeszcze żadnego Indonezyjczyka w ciemnych okularach. Raczej nie chodzi tu o przyzwyczajenie do słońca, bo przecież na południu Europy też ludzie są przyzwyczajeni do słońca, a jednak okulary noszą...

4. Tu się nie chodzi na spacery i w ogóle mało się chodzi. Kiedy pyta się Indonezyjczyka o odległość od wybranego miejsca, zwykle podaje ją w czasie, jaki jest potrzebny do dotarcia do tego miejsca motorem. Nawet jeśli to ma być sklep czy knajpa oddalona o 200 metrów. 

To dopiero początek listy rzeczy, które mnie dziwią...

wtorek, 27 września 2011

Nowy dom = koniec kryzysu :)

Najpierw podzielę się z Wami zdjęciami zrobionymi przez Kasię i przeze mnie w naszym nowym domu, a potem opowiem o pierwszym samodzielnym wyjściu w poszukiwaniu jedzenia, pierwszym targowaniu się i o moich nowych azjatyckich siostrach ;)


Przed wejściem

Widok po wejściu do środka

Widok po lewej stronie od wejścia - salon

Antyki w salonie

Drzwi nigdzie nie prowadzące, ale i tak są piękne

Pokój wspólny z kanapą, lodówką (rzadkość tutaj!) i telewizorem

Freski na suficie 

Freski na suficie - ciąg dalszy

Taras na dachu

Kuchnia przy tarasie na dachu

Widok z kuchnio-tarasu, w oddali góry otaczające Yogyakartę od północnego-wschodu

Widok na taras sąsiada, który ma tysiące papużek i innych ptasząt w bambusowych klatkach

Widok na ulicę - cmentarz i niby-boisko 



niedziela, 25 września 2011

Pierwszy kryzys

Dzisiejszy dzień sponsoruje literka K, jak KRYZYS. Przyczyn kryzysu jest kilka, a najważniejsza z nich to mieszkanie. Razem z moją polską współlokatorką i indonezyjskimi opiekunami z uczelni szukaliśmy mieszkania na resztę semestru dla nas dwóch. Odwiedzaliśmy miejsca, które oni nazywają "kos", co można przetłumaczyć jako stancja. Kosy to domy, w których właściciele wynajmują kilka pokoi studentom. Dziś widziałyśmy trzy takie miejsca. W pierwszym było strasznie brudno. Połamane kafle na podłodze, robaczki wyłażące z dziur, grzyb i pajęczyny na ścianach i pokoje zupełnie puste - brak materaca, jakiejś szafki, krzesła. Łazienka dzielona na kilka pokoi, ale w takim stanie, że łazienki na dworcu kolejowym w Katowicach (nawet jakby w nich przez rok nie sprzątać) wygrałyby w konkursie piękności. Od razu powiedziałyśmy, że w takim miejscu na pewno nie będziemy mieszkać przez tyle czasu. Potem byłyśmy w innym kosie, znacznie lepszym - bo CZYSTYM. Pokoje malutkie, ale bez dodatkowych lokatorów (czyt.: robaków), łazienka dzielona na 3 pokoje, ale chociaż ma europejską ubikację (która tu jest rzadkością). Jest w niej też bardzo ciekawy prysznic: kranik z wodą nad wielką, kamienną misą i do tego plastikowy rondelek do polewania się. To jeszcze jest do przejścia - najważniejsze, żeby było czysto. 
Trzeciego kosu nawet nie będę opisywać, bo w porównaniu z pierwszym był jeszcze bardziej okropny.
Pół dnia próbujemy się skontaktować z obcokrajowcami w Yogyi, którzy mogliby pomóc nam znaleźć coś lepszego. Udało nam się zdobyć namiary na jeszcze jeden kos, który jedziemy zobaczyć jutro rano. 

Druga przyczyna kryzysu to jedzenie. To, czym nas tutaj karmią ogólnie jest naprawdę bardzo dobre, ale... 
- baaaaaaardzo pikantne,
- jeśli nie pikantne, to baaaaaardzo słodkie,
- do każdego posiłku jest ryż, codziennie (dziś na kolację była mała wariacja na temat ryżu: smażony makaron z ryżem)
- kawa i herbata to czysty cukier,
- nie ma mleka, a co za tym idzie: nie ma serów ani jogurtów :( 
Małe, słodkie, obrzydliwe coś, co miało być jogurtem, a chyba nawet mleka nigdy nie widziało...
Mam nadzieję, że z każdym dniem będzie jednak coraz lepiej :)

sobota, 24 września 2011

Szukanie mieszkania....

...to nie będzie prosta sprawa... większość miejsc ma standard (albo raczej jego brak...) znacznie, ZNACZNIE niższy od tego, który zakładałam, że może tu być.... no ale nie ma co się czarować - za 100zł miesięcznie w luksusach się nie da mieszkać... Na szczęście jeszcze dziś mamy nocleg w hotelu, ale jutro trzeba będzie się gdzieś wyprowadzić... trzymajcie kciuki, żeby nie było karaluchów i grzyba na ścianie.

z Jakarty do Yogyakarty

Jestem już w Yogyakarcie :) Studentów poszczególnych uczelni zakwaterowano w różnych hotelach na najbliższe dwie noce, co będzie potem, jeszcze nie wiem. To już trzeci hotel w ciągu ostatnich pięciu dni... po weekendzie zacznę szukać lokum na resztę semestru. 

Droga z Jakarty była trochę męcząca. 12h jechaliśmy autokarem, w nocy kierowca ustawił klimatyzację na 14 stopni, więc było potwornie zimno, chociaż miałam na sobie wszystkie ciepłe ubrania, które zabrałam. Kierowca pędził jak wariat, nie tylko autostradą, ale drogami lokalnymi też. Liczyłam na to, że jak wyjedziemy z Jakarty (co trwało kilka godzin, chociaż ruch był dosyć płynny), to zobaczę dżunglę. A tu nic - ciągle małe wioseczki, domki trzymające się w całości nie wiem jakim cudem, od czasu do czasu jakieś zagajniki palmowe, a przede wszystkim wzdłuż całej trasy tysiące hektarów pól ryżowych. O 6 rano zatrzymaliśmy się na śniadanie. Jedzenie bardzo dobre, ale kawa i herbata smakowały jak syrop cukrowy (z resztą nie po raz pierwszy). Dziwne jest to, że na wyspie, która eksportuje kawę na cały świat, jeszcze nie udało mi się napić dobrej kawy... Do tej pory dziwiłam się też, dlaczego do kawy nie podają tu w ogóle mleka. Teraz już wiem - tu nie ma krów. Przez całą drogę widziałam może 5-6 sztuk. Wszystkie wychudzone, "pasące się" na przydomowych klepiskach. 

I to tyle z nowości. Bardzo jestem ciekawa, co tu się będzie działo w kolejnych dniach :)

Śniadanie w drodze do Yogyakarty

"Welcome" w toalecie na stacji benzynowej

Wysuszone pola ryżowe

Orientation Day i Ceremonia Otwarcia

W czwartek cały dzień mieliśmy wykłady w sali konferencyjnej hotelu. Pierwszy wykład był bardzo ciekawy - o różnicach kulturowych i komunikacji międzykulturowej. Potem były prezentacje przedstawicieli z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Instytutu Turystyki i organizacji zajmującej się promocją języka indonezyjskiego. Wszystkie te wystąpienia miały nam przybliżyć cel przyznawania stypendium Darmasiswy - rozpowszechnianie kultury, sztuki i języka indonezyjskiego oraz integrację międzykulturową. Wszystko w duchu głównego motta Indonezji: "Unity in diversity" :) Między wykładami spotkaliśmy się także z przedstawicielami naszych uniwersytetów. Z mojego Universitas Ahmad Dahlan przyjechała pani, cała ubrana w muzułmańskie chusty. Od niej dowiedziałam się, że UAD to najbardziej muzułmańska szkoła wyższa w Yogyakarcie, więc już wiem, że upał-nie upał będę musiała przychodzić na zajęcia z zasłoniętymi kolanami i ramionami. A jak będzie dalej? Zobaczymy :)

Piątek był dniem wolnym, dopiero na wieczór zaplanowano główną Ceremonię Otwarcia tegorocznej edycji programu Darmasiswa. W ciągu dnia poszłam do miasta kupić na jakimś straganie indonezyjską kartę sim. Od razu poprosiłam przemiłego, szczerbatego pana sprzedawcę o najdłuższych paznokciach świata, żeby mi tę kartę aktywował. SMS do Polski tylko 25 groszy :)

Szczerbaty pan plecami do mnie

Wieczorem podano bardzo uroczystą kolację, jedzenie było pyszne, chociaż jeszcze nie mogę się przystosować do tego, że wszystko jest naprawdę ostre. Nawet jajka na twardo podawane są z ostrym sosem. Poza ryżem smażonym z warzywami, nie za bardzo potrafię powiedzieć, co ja w ogóle zjadłam, bo były to tak dziwne smaki. Czasem zastanawiałam się, czy to, co jadłam to ryba, kurczak, ser tofu, czy może jeszcze coś innego. Po kolacji wystąpił zespół grający na instrumentach bambusowych. Pierwszy raz słyszałam taką muzykę i bardzo mi się spodobała. Spodobała się też grupie studentów z Uzbekistanu, którzy wyszli pod scenę i zaczęli do niej tańczyć w swoich narodowych strojach. Bardzo ciekawy widok :) Występowały też dziecięce i młodzieżowe zespoły ze szkół artystycznych, które przedstawiały jawajskie tańce regionalne :) 
Zespół Udjo

Dziecięcy zespół taneczny

Potem były przemówienia Ministra Edukacji, przedstawicieli z Ministerstwa Sprawiedliwości i Praw Człowieka, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, studenta z Hiszpanii, który drugi rok studiuje w ramach Darmasiswy, a na końcu Ambasadora Polski, ponieważ Polaków w tym roku przyjechało najwięcej (84 osoby) :) Pan Ambasador poprosił wszystkich studentów z Polski do wspólnego zdjęcia, obiecał, że w każdej sytuacji możemy liczyć na pomoc Ambasady i powiedział, żeby odzywać się do swoich rodzin, bo on już dostaje telefony od zaniepokojonych rodziców. Przy okazji dowiedziałam się też, że w Bandung jest Konsulat Honorowy, w którym Pani Konsul urządza polską Wigilię :) 

na pierwszym planie Ambasador Indonezji w Polsce z żoną i Ambasador Polski w Indonezji
Po całej ceremonii przyszedł czas na szybkie spakowanie się - o 23 wszyscy studenci jadący do Yogyakarty wyruszyli w drogę do swojego miasta.

Spacer po Jakarcie

W środę po południu poszłam na spacer po Jakarcie razem z moimi współokatorkami. Zaraz po wyjściu z klimatyzowanego hotelu okazało się, że taki spacer to będzie wyzwanie. Szłyśmy wzdłuż głównej ulicy - po 5 pasów ruchu w każdą stronę, powietrze gęste od spalin, na każdym skrzyżowaniu walka o życie. Nie ważne, że dla pieszych pali się zielone światło, samochody, autobusy, motory i skutery pędzą dalej. Chyba, że dodatkowo na skrzyżowaniu stoi policjant kierujący ruchem - wtedy pieszy ma szczęście i może bezpiecznie przejść. Całkiem sprawnie udawało nam się manewrować między pojazdami, nawet bez pomocy policji :) Po 2,5h maszerowania dotarłyśmy do Muzeum Narodowego, które niestety było już zamknięte. Usiadłyśmy na schodach na pogawędkę z panami z ochrony, a potem ruszyłyśmy w stronę statuy National Monument, która znajduje się w środku ogromnego parku. Niewątpliwym urokiem tego miejsca było to, że chociaż przez chwilę nie było słychać samochodów i ich klaksonów. W drodze powrotnej wstąpiłyśmy do sklepu kupić owoce. Było tam mnóstwo gatunków, większość widziałam pierwszy raz w życiu i nie znałam ich nazw. Kupiłam mango, które było najpyszniejszym mango jakie kiedykolwiek jadłam :) Potem wsiadłyśmy do autobusu Trans Jakarta, żeby wrócić do hotelu. Trans Jakarta to sieć autobusów ekspresowych - mają swoje pasy ruchu, więc nie stoją w korkach i nie jest w nich aż tak bardzo tłoczno, bo każdy autobus wyposażony jest w "kontrolera", który pilnuje, żeby nie wsiadło za wiele osób. 

Niestety nie dotarłyśmy do bardzo odległej od naszego hotelu dzielnicy Kota - Old Jakarta, która podobno ma jakieś zabytki czasów kolonizacji holenderskiej. To, co udało mi się zobaczyć, zabytkowe raczej nie było. Drapacze chmur, brudne kanały (budowane przez Holendrów na wzór Amsterdamu...), w bocznych uliczkach trochę małych kramików - właściwie nic specjalnego, poza kilkoma ciekawostkami, które zamieszczam poniżej.

Jedna z głównych arterii miasta

Piesi nie mają tu za wiele do gadania

Ale kanał

Rusztowanie z bambusów

Muzeum Narodowe, przed nim słoń - dar od króla Tajlandii

National Monument

Uliczne kramy

Zestaw na każdy posiłek podczas pobytu w Jakarcie

środa, 21 września 2011

Jakarta - pierwsze wrażenia

We wtorek po południu przyleciałam do Jakarty. Razem ze mną w samolocie było jeszcze kilka osób lecących na to samo stypendium, jedna dziewczyna nawet na ten sam uniwerek, co ja :) Z lotniska odebrali nas przedstawiciele Ministerstwa Edukacji. Trochę czasu trwało zanim spisali nasze dane z paszportów i dali pierwszą część wrześniowego stypendium. Trochę też trwało zanim zorganizowali dla nas busiki, ale po kilku godzinach byliśmy już w drodze do hotelu. Nawet nie wiem, gdzie on się znajdował, bo usnęłam po drodze. Wjazd do Jakarty wygląda jak trasa wlotowa na Manhattan - pięciopasmowa autostrada, ogromne drapacze chmur, neony, centra handlowe - Ameryka, Panie! Nie do końca... Nasz hotel w pierwszej chwili wyglądał pięknie - marmury, szkło itd., ale to był tylko główny budynek. Stypendyści Darmasiswy zostali zakwaterowani w drewnianych, 24-osobowych bungalowach. Nawet nie będę pisać, jak koszmarnie wyglądały tam łazienki i toalety. Jedzenie też nie powalało na kolana (a przecież wszyscy mówili, że jedzeniem będę na pewno zachwycona...). Na szczęście następnego dnia po śniadaniu i pokazie tańców ze wschodniej Jawy przewieziono nas do znaaaaacznie lepszego hotelu :) I właśnie w nim teraz jestem. Co prawda, żeby złapać internet siedzę na zimnej posadzce holu przy recepcji, ale nie można mieć wszystkiego ;) Mieszkam w pokoju z Polką i Rumunką na 11 piętrze, a z naszych okien roztacza się widok na biznesową część Jakarty. 

Widok z 11 piętra hotelu Grand Sahid Jaya

Pierwszy nocleg w bungalowach

Tradycyjny taniec ze Wschodniej Jawy - Taniec Tygrysa

Wczoraj, po zakwaterowaniu i obiedzie, poszłyśmy zobaczyć kawałek miasta. Ale o tym w kolejnym poście, bo za chwilkę zaczyna się wykład przedstawiciela Ministerstwa Spraw Zagranicznych, na który muszę już pędzić.

wtorek, 20 września 2011

W drodze

Melduję się z lotniska w Singapurze :) Niebo pochmurne, trochę tu lało, ale nie jest aż tak gorąco, jak myślałam. Samolot, którym leciałam z Frankfurtu wylądował w Singapurze na dopaliwowanie i wyładowanie części pasażerów. Właśnie zaczyna się boarding do Jakarty...