wtorek, 11 października 2011

Pantai, czyli plaża

W niedzielę UAD (nasz uniwerek) zorganizował wycieczkę dla grupy z Darmasiswy. Wczesnym rankiem zapakowali nas do dwóch autokarów i pojechaliśmy do prowincji Wonosario, niedaleko Yogyi. Jechaliśmy przez górzyste tereny, małe wioski i wysuszone pola. Pora sucha już się powoli kończy, ziemia jest w wielu miejscach popękana z braku wody, bambusom schną liście, rośliny są blado żółto-zielone. Wszystko wygląda tak, jakby nie mogło się doczekać deszczu. Dojechaliśmy do Gunung Kidul, miejscowości w której burmistrzem (albo lokalnym odpowiednikiem tego urzędu) jest mąż jednej z naszych nauczycielek. W ramach promocji regionu i lokalnej kultury zostaliśmy zaproszeni do ich domu na pokaz tradycyjnego tańca Reog i wielki obiad. 




Potem pojechaliśmy dalej - na plażę. Niestety nie była to plaża z katalogów biur podróży: z białym piaskiem, turkusową wodą, palmami kokosowymi i rozwieszonymi między nimi hamakami... pisek ładny był, wodna ładna też, ale... dno bardzo skaliste, porośnięte ostrymi glonami, a kawałek od brzegu ogromne, niebezpieczne fale, więc pływanie jest zabronione. Nad wodą unosiła się mgła, było trochę pochmurno, więc nici z opalania. Pomijając fakt, że była to wycieczka szkolna, na której (mniej więcej) obowiązuja takie same reguły, jak w szkole... czyli nie można się rozebrać do kostiumu. Wystarczyło, że na 15 minut zdjęłam bolerko, chcąc złapać na ramiona trochę słońca, które pojawiło się na chwilę, a juz za moment nauczycielka poprosiła, żebym ubrała się z powrotem :( Jak zwykle wszyscy chcieli sobie robić z nami zdjęcia, niektórzy nawet o to nie pytali, tylko przysiadali się do nas po cichutku, robili zdjęcie i szli dalej. W drodze z plaży do autokaru szłyśmy jak najszybciej, z głowami opuszczonymi, żeby z nikim nie nawiązywać kontaktu wzrokowego i uniknąć męczącego "miss, miss, photo-photo?". Do tej pory, w żadnym innym miejscu nie słyszałam tego tyle razy, co w niedzielę na plaży. Po krótkim pobycie na pierwszej plaży (Pantai Baron), pojechaliśmy na dwie kolejne (Pantai Krakal i Pantai Kukup), które niewiele różniły się od tej pierwszej. Widoki, owszem, były bardzo ładne. Trochę, jak z mglistych filmów o czasach średniowiecznych :) Jednak nie do końca było to to, na co liczyłam. Czekam nadal, aż będę mogła zrobić "Woooooooowwwww!!!" na widok jakiejś plaży.
Pantai Baron




Pantai Krakal (pani sprzedaje siatki do odławiania małych krabów)
Cześć krabie :)




Współlokatorki :)
Pantai Kukup


Zachód

Zdjęcia Kasi i moje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz