sobota, 1 października 2011

Miało być o azjatyckich siostrach, więc jest:

Mieszkamy w kosie we cztery: my dwie - Polki, Sisi - Chinka i Dian - Koreanka. Nasza Ibu (tłumacząc dosłownie: "mama", mniej dosłownie: "pani, od której wynajmujemy pokoje") mieszka w swoim domu, a my mamy naszą willę tylko dla siebie :) Na szczęście, chociaż Ibu jest przemiłą kobietą. Nie mówi po angielsku nic, poza "I don't speak English, I'm stupid", my po indonezyjsku też jeszcze niewiele, więc rozmawiamy na migi, albo za pomocą Sisi, która całkiem nieźle zna oba języki. Ibu przychodzi do nas prawie codziennie, czasem przynosi nam pisang goreng (smażone banany), albo nasi goreng (smażony ryż), podwozi nas na zakupy do centrum handlowego, a dziś miała nas zabrać na plażę Parangritis, ale jeszcze nie wiadomo, czy to wypali. Twierdzi też, że w grudniu razem z nią pojedziemy na Bali :)

Zasada tu jest taka, że dziewczyny, które razem mieszkają, mają być dla siebie jak siostry. Nie ma "każdy sobie rzepkę skrobie", tylko azjatycki kolektywizm w bardzo pozytywnym wydaniu :) Nam trafiły się naprawdę przemiłe "siostry" - martwią się o nas, kiedy same wychodzimy na miasto, dzielą się z nami przysmakami ze swoich krajów, są bardzo spokojne, grzeczniutkie, zawsze uśmiechnięte i ratują nas przed karaluchami (Sisi zabija je w sekundę z zimną krwią). Czasem wtajemniczają nas troszkę bardziej w zwyczaje  Indonezji, które znają lepiej niż my, dzięki temu, że w swoich krajach studiują filologię indonezyjską. Mieszkańcy wschodnich krajów Azji uważają, że indonezyjski to azjatycki odpowiednik włoskiego albo francuskiego - dla nich to język miłości, piosenek, sztuki. Dlatego filologia indonezyjska jest bardzo popularna w tych rejonach. 

Z Dian i Sisi w drodze na uniwerek

Miało też być o naszym pierwszym targowaniu się, więc jest: jak tylko zdecydowałyśmy się na mieszkanie postanowiłyśmy zaopatrzyć się modemy do Internetu. Nasi indonezyjscy koledzy zabrali nas motorkami do Jogjatronik - wielkiego centrum ze sprzętem elektronicznym. Pomogli wybrać odpowiednie modemy, które niestety tanie nie były, ale w końcu mają nam służyć przez kilka miesięcy. Kiedy przyszło do płacenia, pomyślałam, że czas rozpocząć naukę targowania się :) Dużo z ceny nie zeszłyśmy, ale satysfakcja była ogromna :)

Dwupoziomowy parking dla motorów pod Jogjatronik
I jeszcze miało być o wyjściu w poszukiwaniu jedzenia :) Indonezyjczycy uwazają, że jeśli w ciągu dnia nie jadłeś ryżu, to znaczy, że nic nie jadłeś. Drugiego dnia mieszkania "na swoim", wieczorem, byłyśmy potwornie głodne i bardzo zatęskniłyśmy za ryżem. Wyszłyśmy (pierwszy raz bez nadzoru lokalnych studentów) na eksplorację okolicy. Okazało się, że 100 metrów od domu mamy małą, ale bardzo przyjemną knajpkę, z cenami, jak w rowerowych gar-kuchniach. Co więcej, właściciel knajpki dobrze mówi po angielsku i wytłumaczył kucharzowi, że mamy już dosyć ostrego jedzenia. Dostałyśmy przepyszny ryż smażony zawinięty w omleta i mrożoną hertę limonkową. Po posiłku szef knajpy przysiadł się do nas i już znamy historię jego życia :) Powiedział też, że jeśli coś nam nie smakowało, to on przekaże kucharzowi - żebyśmy następnym razem były jeszcze bardziej zadowolone. Już sama nie wiem, ile punktów za serdeczność mają w mojej głowie Indonezyjczycy. Jedno jest pewne: Terima kasih (dziękuję) to słowa, których używam tu najczęściej.

1 komentarz: