czwartek, 13 października 2011

"Enak sekali" znaczy "bardzo smaczne", czyli: o jedzeniu (część 1)

Do posta o jedzeniu zbierałam się już od kilku dni, bo jedzenie faktycznie jest warte szerszego opisania :) Tym bardziej, że saya suka makan (czyli: lubię jeść), o czym chyba wszyscy wiedzą :) Jak już pisałam wcześniej, jedzenie nie powaliło mnie na kolana... na początku. W hotelu w Jakarcie na śniadanie codziennie było to samo, na obiad i kolację dostawaliśmy jedzenie w pudełkach, a w nich głównie ryż i trochę innych lokalnych przysmaków - zwykle za ostrych, żeby w ogóle próbować je zjeć. Kawa i herbata były za bardzo wodniste i o wiele za słodkie. Na widok kolejnej porcji ryżu i przesłodzonej herbaty płakać mi się chciało. Rozczarowana pierwszymi doświadczeniami, myślałam, że przez semestr będę żywić się tylko papają i mango.... które są tak pyszne, że w ostateczności naprawdę mogłabym się żywić tylko nimi, ale szybko okazało się, że kuchnia indonezyjska ma więcej do zaoferowania :) 

Jedzenie z pudełek w Jakarcie
W pierwszych dniach nauczyłam się najważniejszego dla Europejczyka zwrotu: tidak pedas (nie ostre). Przy każdym zamówieniu (nawet jesli to jest tylko omlet) zwykle dodaję tidak pedas - na wszelki wypadek, chociaż i tak myślę, że moja tolerancja ostrego jedzenia znacznie się poprawiła. Czasem nawet specjalnie jem coś ostrego - bo zabija pasożyty, a odkąd jadam też na ulicy wolę zachować czujność ;)
Do ryżu też już się przyzwyczaiłam. Indonezyjczycy uważają, że jeśli dziś jeszcze nie jadłam ryżu to znaczy, że nic nie jadłam. Właściwie, ryż polubiłam już na tyle, że powoli zaczynam uważać jak oni. 
Nawet herbata już mi smakuje :) W Yogyi herbata jest trochę inna niż w Jakarcie. Równie mocno słodzona, ale nie rozwodniona. I zawsze jaśminowa! Chociaż w Polsce herbata jaśminowa nigdy nie robiła na mnie wrażenia, tutaj często ją piję. W domu samą herbatę, w knajpach cukiernicę z odrobiną herbaty ;) Jednak moim ulubionym napojem tutaj jest es jeruk czyli sok wyciśnięty z pomarańczy (która w wyglądzie i smaku przypomina krzyżówkę mandarynki z limonką) z kostkami lodu i łyżką cukru trzcinowego, który chrzęści w zębach, jak cukier w mojito :) Prawdziwego, mojego ulubionego mojito jeszcze kilka miesięcy się nie napiję, bo w Indonezji sprzedaż wysokoprocentowego alkoholu jest zabroniona. 

Ale wracając do jedzenia. Dwie najważniejsze sprawy to: GDZIE pójść i CO zjeść, żeby przeżyć ;) 

GDZIE?
Do wczoraj starałam się unikać jedzenia z wózków na ulicy. Nie ma tam bieżącej wody, zmywanie odbywanie się w kilku wiadrach ustawionych przy krawężniku - wiadro na mycie wstępne, zasadnicze i płukanie. Skoro nie ma bieżącej wody, nie wiem gdzie przez cały dzień "kucharz" myje ręce i warzywa i czy w ogóle je myje. Nie ma tam żadnej lodówki. Kurczaki cały dzień wiszą sobie radośnie w upale na wieszakach pod daszkiem. Odwlekałam moment zjedzenia w takim miejscu, ale przedwczoraj nie miałam wyboru. Nasza Ibu zabrała Kasię i mnie na kolację i wycieczkę na miasto. Jechałyśmy samochodem kilkanaście minut i zatrzymałyśmy się przy takim właśnie wózku. W oczach przerażenie, w głosie zwątpienie: Ibu, kami makan ini? (Ibu, jemy tutaj?), zapytałam. Ya odpowiedziała Ibu z uśmiechem od ucha do ucha. No dobrze, inni jedzą i żyją to i my przeżyjemy. Wzięłyśmy to samo, co Ibu (makaron gotowany z warzywami, jajkiem i kurczakiem), usiadłyśmy przy stole (rozstawionym między wielkim traktorem z lawetą, a kanałem do naprawiania podwozia - cała knajpa była dodatkiem do warsztatu samochodowego), uśmiechałyśmy się do siedzących naprzeciwko Indonezyjczyków, starałyśmy się nie myśleć o tym, kiedy talerze ostatnio widziały płyn do zmywania, zjadłyśmy nasz makaron (który był naprawdę niezły) i ruszyłyśmy z Ibu dalej. Wózek z jedzeniem - byłam, widziałam, zjadłam i przeżyłam :)



Siedzieli naprzeciwko mnie. Chyba im smakuje :) W tle "traktor-gruchot" 
Do tej pory jednak jadałam (i nadal zamierzam jadać) w innych miejscach. W naszej okolicy jest kilka przyjemnych knajpek i zwykle w nich się stołujemy. Oczywiście one też nigdy nie widziały kontroli Sanepidu, ale przynajmniej mają bieżącą wodę, mebelki z bambusa (którego używa się tu do wszystkiego, ale o tym innym razem) i może nawet lodówkę. Jeśli z bieżącą wodą gorzej, jedzenie podawane jest w talerzu-koszyczku, wyłożonym pergaminem lub liściem bananowca. 



Widelec i łyżka, bez noża ("zestaw dla przedszkolaków")

O tym, CO jeść, napiszę następnym razem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz