środa, 4 stycznia 2012

z Waingapu na Sumbie, ale post o Labuanbajo :)

A wiec jednak poplynelismy na Sumbe :) Klimat jest tu calkiem inny niz na Flores - monsun juz dotarl, wiec popoludniami pada, roslinnosc juz mniej tropikalna, a troszke bardziej stepowa, drogi bardziej wyboiste, ale chociaz proste, bo Sumba Wschodnia jest plaska, w porownaniu do Flores. Przyjemna odmiana po tygodniu jezdzenia serpentynami :) Ale zanim o Sumbie, obiecalam skonczyc o Flores.

Po przyjezdzie do Labuanbajo i odespaniu dlugiej podrozy zamowilismy lodz, ktora miala nas zabrac na wyspe Rinca, zebysmy mogli obejrzec jedyny na swiecie prawdziwy Park Jurajski, w ktorym zyja "ostatnie dinozaury", czyli warany - wielkie jaszczurki nazywane smokami Komodo. Wyspy Rinca i Komodo tworza Komodo National Park, ktory zostal ostatnio wpisany na trzecie miejsce nowej listy naturalych siedmiu cudow swiata. Mysle, ze zasluzenie :) Na wyspe plynelismy ponad 2h. W pieknym sloncu podziwialismy dziesiatki mniejszych zielonych wysepek mjanych po drodze. Na Rincy dostalismy dwoch przewodnikow, zaplacilismy za bilety cene dla lokalnych (dzeki temu, ze mamy indonezyjskie legitymacje) i... juz po kilku minutach zobaczylismy stadko ogromnych waranow! Lezaly spokojnie w poblizu budynku z kuchnia, zapewne zwabione zapachem jedzenia. Nie podchodzilismy do nich zbyt blisko, zeby ich nie draznic, bo chociaz wygladaly ociezale, leniwie i niegroznie, do ofiary moga biec nawet z predkoscia 18km/h. Po kilku chwilach gapienia sie na zwierzaki poszlismy z naszymi przewodnikami na trekking po parku. Piekne lasy tropikalne, piekne polany, piekne strumienie, w ktorych wylegiwaly sie piekne wodne bawoly (na ktore poluja warany) i jeszcze jeden wypatrzony piekny waran :) No po prostu pieknie bylo:) Po powrocie do Yogyi wkleje zdjecia i sami zobaczycie. Wracalismy lodzia przy zachodzie slonca, kiedy nad wysepkami niebo i chmury byly pomaranczowo-rozowe. Doplynelismy do Labuanbajo juz po zmroku.

Nastepnego dnia rano byla Wigilia. Na wieczor mielismy dotrzec do siostr zakonnych i polskiego misjonarza do Ruteng i z nimi spedzic Swieta. Rano poszlismy na bardzo dlugi spacer do Jaskini Luster - skal z licznymi mniejszymi i wiekszymi zaglebieniami i dziurami, przez ktore rano przedzieraja sie promienie sloneczne, dajace wrazenie swiatel odbijajacych sie w lustrach. Ladnie tam bylo, ale bez szalu ;) Wrocilismy do hotelu w koszmarnym upale, spakowalismy plecaki i o 13 bylismy juz gotowi na autobus do Ruteng. Sporo nas kosztowal, bo w Wigilie jezdzi mniej autobusow, a te, co jezdza maja bardzo wysokie ceny za bilety. Droga do kolejnego punktu podrozy wiodla przez gorskie wioski. Czesto przed domami widzielismy male szopki bozonarodzeniowe udekorowane kolorowymi gwiazdami i lampkami. Przy kazdym strumieniu byla grupka myjacych sie dzieci i pioracych ubrania kobiet, od czasu do czasu jakis maly sklepik - w kazdym z nich mozna bylo kupic przede wszystkim butelkowana benzyne i banany. Jazda pod gore, i w dol, i znowu pod gore, i w dol... i tak waska, kreta droga Trans-Flores po kilku godzinach dotarlismy do Ruteng, do zakonu Santa Maria Berdukacita. O tym, jak spedzilismy wieczor wigilijny i kolejne dni w nastepnym odcinku ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz