środa, 18 stycznia 2012

Święta w Ruteng

W Ruteng przywitała nas zupełnie inna pogoda. Miasto leży w górach, więc klimat już nie taki tropikalny - było przyjemnie chłodno. Siostra Ofelia z zakonu zakwaterowała nas w pokojach, a potem razem z nią poszliśmy na Pasterkę do Kościoła. Msza zaczynała się o 19, nie jak u nas o północy, a to dlatego, że o północy w Ruteng jest już zbyt zimno (jak na Indonezję oczywiście) i wiele lat temu ustalono, że msza będzie wcześnie, żeby ludzie nie marzli :) Siedzieliśmy w tłumie wiernych prawie 3 godziny... śpiący, głodni, już trochę zziębnięci i na dodatek nic nie rozumieliśmy. Jednak kiedy usłyszałam śpiewaną po indonezyjsku "Cichą Noc" wzruszyłam się i na chwilę udzieliła mi się świąteczna atmosfera :) Wracaliśmy do zakonu po 22 i było już naprawdę zimno. Po drodze widzieliśmy grupki młodzieży zgromadzone przy ulicznych szopkach, odpalające fajerwerki (robią tak codziennie przez cały adwent i aż do Sylwestra). 

Zatrzymaliśmy się przy małym sklepiku, żeby kupić coś do zjedzenia na kolację. Nie było dużego wyboru, bo sklepy na biednym Flores są gorzej zaopatrzone niż sklepy na Jawie, albo Bali. Kupowaliśmy jakieś ciastka, które z głodu zaczęliśmy spożywać na miejscu. Siostra Ofelia wytłumaczyła nas właścicielowi sklepu - powiedziała, że przejechaliśmy długą drogę i nie jedliśmy nawet obiadu. Chwilę później z zaplecza wyszła żona właściciela z wieeeelkim, pachnącym ciastem, które dała nam w prezencie na naszą wigilijną kolację.

Po powrocie do zakonu, przy herbacie i cieście posiedzieliśmy chwilę pod choinką, podzieliliśmy się opłatkiem (przywiezionym z Polski przez Dorotę) i poszliśmy spać. To była dosyć dziwna Wigilia - pierwszy raz bez rodziny, w tropikach, trochę "w drodze"..., ale byliśmy w dużej, wesołej grupie i mieliśmy pyszne ciasto, więc ostatecznie nie było źle ;)

Następnego ranka, po śniadaniu, spotkaliśmy się z Bratem Józefem - polskim misjonarzem, który na Flores przyjechał niemal 50 lat temu. Chwilę siedzieliśmy w ogrodowej altance i słuchaliśmy z zaciekawieniem historii zakonnika. Potem Brat Józef zabrał nas swoim autem na wycieczkę po okolicy. Obejrzeliśmy kościoły, które powstały od początku obecności misjonarzy na Flores, niektóre budowane przez Holendrów, niektóre przez Polaków.  Szczególne wrażenie zrobił na mnie Klasztor Trójcy Świętej Zgromadzenia Służebnic Ducha Świętego od Wieczystej Adoracji - jest to zakon zamknięty, a zakonnice modlą się w nim nieprzerwanie od 15 lat (od założenia klasztoru), przez całą dobę - co pół godziny jest zmiana i modlitwę kontynuuje kolejna siostra. Później pojechaliśmy do wsi Compang Ruteng, gdzie ludzie wciąż mieszkają w starych, drewnianych chatach wielorodzinnych, a potem na górę Golo Curu, z której podziwialiśmy panoramę Ruteng, okolicznych gór, pól i wiosek. Wieczorem Brat Józef pokazał nam zdjęcia tej samej panoramy zmieniającej się na przestrzeni ostatnich 50 lat. Przy kolacji bożonarodzeniowej wśród zakonników słuchaliśmy kolejnych historii z życia misjonarza. (c.d.n.)

1 komentarz:

  1. Brave girl! Trzymam kciuki. Święta daleko od rodziny to naprawdę wielki sprawdzian.

    OdpowiedzUsuń